Wszystkiego najlepszego moja Lilu !

To ten dzień. Dzisiaj Liliana kończy 5 lat, a ja dokładnie jak by to było wczoraj pamiętam dzień w którym ją odbieraliśmy. Był luty, właściwie sam początek, poniedziałek, po 17stej. Dopiero w drodze dowiedziałam się że zaraz dostanę psa. Wbrew pozorom nie byłam zachwycona, miałam mętlik w głowie i wyrzuty sumienia – jak mogę mieć kolejnego psa po stracie Suziny. Już od początku Lilu wydała mi się inna, dziwna. Nigdy nie widziałam żeby pies płakał. Ona płakała. Kiedy Pani Agnieszka, “właścicielka” Venice włożyła mi ją na ręce sunia przytuliła się do mnie i zaczęła płakać. W połowie drogi do domu chciałam wracać i ją oddać. Nadal miała wyrzuty sumienia. Nigdy nie zapomnę naszego przybycia do domu – ja obrzygałam z tych nerwów i bólu głowy pół klatki schodowej, Lilu natomiast ochrzciła przedpokój załatwiając na jego środku obie swoje potrzeby. Pierwsza noc – spała ze mną w łóżku. Zawsze marzyłam o tym aby pies spał ze mną w łóżku. Rodzice nie pozwalali na to kiedy mieszkała z nami Suzina. Biorąc pod swoje skrzydła psa takiego jak Border Collie nie miałam za bardzo pojęcia o socjalizacji, szkoleniu czy psich sportach. Nawet nie wiedziałam że coś takiego istnieje. Mimo to gdy teraz o tym pomyślę Lilu miała całkiem fajny socjal, choć nie do końca świadomy i celowy. Spacery po centrum miasta, wzdłuż ruchliwych ulic, spotkania z innymi psami, dziećmi. Wszystko to aplikowane miała w bardzo dużej dawce każdego dnia. Jej “problemy” zaczęły się gdzieś od 3-4 miesiąca życia, choć początkowo nie były jakoś szczególnie zauważalne i uciążliwe. W domu rzucaliśmy jej piłeczkę którą bardzo lubiła. Łapała ją… ale 1-2m obok w 100% przekonana że ma ją przed paszczą. Kiedy wołała ją osoba z prawej ona przychodziła do tej po lewej itp. Pojechaliśmy do weterynarza, pooglądał stwierdził że jest ok. Może z wiekiem minie. Minęło. Zeszedł śnieg, spadł deszcz. Kolejny problem. Nie było opcji aby pies przeszedł po mokrym chodniku, ulicy. Stawała, sztywniała, sikała pod siebie. Przestawiona na mokra trawę szła jak by nigdy nic. Krótki czas później problem przeszedł na inne podłoża – przejście z szarej kostki brukowej na czerwoną, z wykładziny na kafle, z kafli na panele, z ciemnej podłogi na jasną, z błyszczącej na matową. Daliśmy radę. Niestety problemem nadal były schody. Lilok miał już ponad pół roku, nadal nie chodził po schodach. Ani ciumkanie, wołanie, głos zdecydowany, zachęcanie, uciekanie paróweczki, srateczki, zabaweczki i inne bajery nic nie dawały. Krok po kroczku i z tym daliśmy radę ale tylko wtedy kiedy było sucho. Gdy na dworze padało albo było morko Lilok po schodach nie wchodził. Sztywniał, spadał, wykonywał paniczne kółeczka. Znowu daliśmy radę, ale niestety czasami takie wchodzenie było zbyt ryzykowne gdyż Lilok przy samej górze potrafił zesztywnieć i ześlizgnąć się na dół uderzając w schody klatka piersiową. Już wtedy zadawałam pytania, prosiłam o porady – na temat schodów jedna w szczególności utkwiła mi w pamięci “przeciągnij ją !”. Cieszę się że tego nie zrobiłam. Udało nam się dojść do tego iż Lilok wchodził po schodach na samą górę, co prawda podczas wchodzenia wykonywał swoje rytuały które polegały na zrobieniu kilku kółeczek na dole, wejściu na trzy stopnie, zejściu, zrobieniu kółeczka i ponownym wejściu na górę. Obecnie czasami jeszcze chce to robić, ale kiedy się ją zatrzyma rezygnuje i wchodzi normalnie. Ok. 9 miesiąc życia, zaczęłyśmy ćwiczyć agility. Tor był jedynym miejscem gdzie udało nam się razem współpracować. Czasami nawet miałam wrażenie że Li cieszy się tym iż biegnę obok. W między czasie zaczęłyśmy się uczyć różnych sztuczek których wykonanie było możliwe jedynie przy użyciu smakołyków. Przy zabawkach Lilokowy mózg się wyłączał, pewnie po części z mojej winy, nigdy nie uczyłam jej pracy na zabawki, nie wiedziałam jak.  Agility niestety się skończyło, a u nas z każdym kolejnym tygodniem braku biegania przez przeszkody problemy się mnożyły. Li całkowicie wyrzuciła mnie ze swojego świata. W okół były inne bordery, takie które bardzo chciały, mój nie do końca i nie zawsze chciał. Owszem zdarzały się też dni z serii “super” i bardzo miło je wspominam. Minął kolejny rok i w końcu Lilu wpuściła mnie do swojego pokręconego świata. Pomogła w tym bardzo bliska mi osoba która zaproponowała “terapię pierwotną” czyli pokazanie Lilokowi tego do czego była stworzona. Lilu nie od razu zaskoczyła, na początku patyk trzymany przez Moją Osobę był ciekawszy, ale już po chwili ciekawość zwyciężyła. Po wyjściu z łąki Li pierwszy raz wyglądała na dumną z siebie i dumną ze mnie. Była tak wykończona psychicznie że kolejny tydzień przespała w całości jedynie z przerwami na siusiu i jedzenie. W między czasie zamieszkała z nami Kira. Bałam się tego troszkę gdyż Lilu do tamtego dnia była rozpieszczoną jedynaczką. Wbrew wszystkiemu Li wykazała się ogromną wyrozumiałością w stosunku do nowego domownika. Ustępowała na każdym kroku, odpuszczała itp – do dnia w którym Kira przegięła… wszystko działo się tak szybko że nie zdążyliśmy zareagować, na szczęście Kira zrozumiała że to Lilu rządzi i od tej pory wszystko było ok. Później zaczęły pojawiać się dziwne zachowania. Lilu miała dobry humor, bawiła się itp i nagle “pyk”. Jej spojrzenie robiło się puste, nie reagowała na nic. Czasami uciekała, innym razem atakowała a jeszcze innym stała jak słup. Coraz częściej wykazywała się też bardzo niską tolerancja w stosunku do innych psów. Jedna z takich sytuacji, chyba właściwie pierwsza najbardziej utkwiła mi w pamięci. Li miała coś koło 1,5-2 lat. Byliśmy całą czwórką na wieczornym spacerze, podeszliśmy pod sklep aby zrobić zakupy. Podałam smycz w ręce R. Nie zdążyłam się obrócić, a Lilu już biegła w stronę ulicy. Nie wiadomo kiedy wyrwała się. Biegła przed siebie prosto pod samochód. Krzyki itp nie pomagały. Pies miał ogon na brzuchu, uszy na grzbiecie. Biegł prosto. Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji wydawało się pobiec za nią i wypłoszenie z ulicy, w końcu człowiek miał większe szanse w starciu z terenówka niż pies. uto zatrzymało się dosłownie kilka centymetrów przed moimi nogami. Pies nadal biegł. Nadal nie reagował. Mieliśmy szczęście bo na drodze Lilu stało 3 żuli z mojego placu. Złapali ją i przytrzymali. Wzięłam ją na ręce a ona ciągle biegła. Ciągle jej nie było. Płakałam, mówiłam do niej, krzyczałam a jej nadal nie było. Dostała w głowę i  jak gdyby nigdy nic ucieszyła się że nas widzi. Poszliśmy do domu. Miałam dość. Takie sytuacje co jakiś czas się powtarzały. Po bardziej aktywnych dniach przechodząc obok Lilu trzeba było uważać  na nogi. Czasami wypalała na nie wydając z siebie przy okazji powarkiwania albo piski. Z czasem nasilało się to, a my się przyzwyczailiśmy. Już wiedziałam że Lilu jest niebezpieczna, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć. To było jakieś 2 lata temu, była zima. Siedziałam na ławce przed blokiem, a Lilu obok mnie. Podeszła do nas ok 7 letnia dziewczynka która Lilu bardzo lubiła. Przywitały się wylewnie, Lilu znowu  usiadła obok a my rozmawiałyśmy. Nagle kątem oka dostrzegłam że Lilu nie ma, nie było już jej oczu. W ostatniej chwili złapałam ją za obroże. Wyszczerzyła zęby. Uspokoiła się. Minęła chwilka. Tym razem wypaliła w stronę dziewczynki. Znowu miałam to szczęście i złapałam ją. Przyciągnęłam bez słowa do siebie, dziewczynkę przeprosiłam i czekałam. Minęło koło 10 minut, Lilu była zdezorientowana i przerażona. Bardzo chciała aby ją przytulić. Kiedy widzisz że twój pies jest niebezpieczny to bardzo boli… Mnie Lilu ugryzła chyba tylko raz, znowu po części z mojej winy. Mimo iż na ręce pojawił się siniak, w głowie bolało bardziej. Moje Osoby zaczęły pomagać, szukać informacji itp. Rok wcześniej na jednym ze spotkań z owcami usłyszałam iż Lilu ma coś nie tak z głową. Jak to ? Przecież do tej pory “mądrzy” twierdzili że to moja wina, a nie wina jej głowy. Zaczęłam czytać, szukać. Znalazłam w internecie telefon do weterynarza. Za kilka dni  po umówieniu wizyty, już u niego byliśmy. Rozmawialiśmy bardzo długo. Lilu dostała lekarstwa. Rozmawialiśmy również z psychologiem który pracuje z dziećmi w szpitalu psychiatrycznym. To co powiedziały obie te osoby pokryło się ze sobą praktycznie w całości, Po 1-2 miesiącach lekarstwa zaczęły działać. Lilu pierwszy raz miała uśmiechniętą mordę. Zaczęłyśmy chodzić na normalne spacery, robić “normalne” rzeczy które dla nas były wspaniałe. Lilu zmieniła się o 180 stopni. Zaczęłyśmy odnosić nasze osobiste sukcesy. Problematyczne zachowania jeszcze czasami dawały o sobie znać, ale już bardzo rzadko. Zaliczyłyśmy kolejne z seminariów tym razem bez płaczu, a wręcz pełne dumy z siebie. Ciągle jednak było coś z nami nie tak. Dopiero na przełomie września października zeszło ze mnie ciśnienie. Przyjęłam do wiadomości to że Lilu to Lilu. Jest inna. Pomógł w tym Hachiko.  Dzięki niemu moi bliscy również pierwszy raz od 5 lat przyznali że Lilu jest inna, że jest chora. Ulżyło mi bardzo. Lilu mimo wszystko jest wspaniałym psem który mimo kilku wad posiada też masę zalet. W listopadzie zatruła się. Pierwszy raz poczułam że mogę ją stracić na zawsze. Pierwszy raz dała mi tak mocno odczuć że jestem Jej Człowiekiem. Bardzo ją kocham. Sto lat Lilu !

Image

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s