W 365 dni do okoła roku

Dzisiaj 31 grudzień 2012roostatni dzień tego szalonego roku co do którego mam bardzo mieszane uczucia. Jak by nie było 2012 był rokiem zmian. Wielkich zmian. Właściwie te zmiany zaczęły się już pod koniec 2011, a w 2012 weszły w życie.  Pierwszą i chyba najważniejszą był  wysłany e-mail 27 grudnia. E-mail z zapytaniem o szczeniaka. Napisany pod wpływem chwili na zasadzie “Piszemy?” “Tak, piszemy” i napisaliśmy. 12 stycznia 2012 szczeniaczki przyszły na świat. Nadal oczekiwaliśmy na tą najważniejszą wiadomość. Wiadomość która miała wszystko zku.mienić. Przyszła. Pozytywna. No to się zaczęło. Pierwszą zmianą była przeprowadzka Rafała, wspólny remont. Oczekiwanie na wyjazd po małą glizdę upłynęło mi jakoś bez większych emocji. W końcu glizda nie miała być moja. Pamiętam że jadąc do Podkostu miała w głowie olbrzymi mętlik – wcale nie związany z odbiorem papiszcza. Jestem ogromnym łasuchem. Uwielbiam jeść, ale nie na zasadzie zajadania się a raczej smakowania. Uwielbiam czuć smak. Wyjazdy za naszą południową granicę kojarzą mi się z dwoma rzeczami – pstrągiem i smażonym serem. Nigdy nie wiem co lepsze. Nigdy nie wiem co wybrać. Tak też było tym razem. Od 3 dni myślałam jedynie o tym co zamówię na obiad i jak to zrobić aby zjeść obie rzeczy. Zarówno R jak i K która odbierała z nami swoją glizdę mieli ze mnie kupę śmiechu. Trudny wybór wypadł mi z głowy jedynie na chwilkę kiedy otworzyły się drzwi stodoły. Najpierw wybiegła Hera, a za nią na podwórko wylała się cała gromada szczeniaków. Nie lubię szczeniaków. Wybiegły wszystkie całą chmarą. Kiedy szczeniaczkowa chmura przebiegła obok zza drzwi wyszedł jeszcze jeden szczeniak. Był największy i najdziwniejszy, na zdjęciu czarno-biały, na żywo jakiś wypłowiały. Nigdy nie zapomnę słów zmieszanego hodowcy które były reakcją na moją minę “on był czarno-biały…ale ostatnio się jak by zepsuł…”. Wyglądał jak by całą tą sytuację miał głęboko w swoim szarym tyłku. Od razu skierował się w stronę hodowcy. Tego dnia zjadłam i pstrąga i ser. Lilu chciała zabić szczeniaczka, co było dla mnie normalne, tego się spodziewałam. Dziwniejsza natomiast była reakcja Kiry która wtórowała Lilokowi. Tak zgodne w swych reakcjach były chyba pierwszy raz. Powrót do domu i kolejne zmiany. Zaczęło się od weekendowego pomieszkiwania z R i całą trójką czterołapnych, a skończyło na przeprowadzce. Dostałam od R swoją pierwszą, śliczną, białą szafę z Ikei z hamerykańskimi klamkami jak z domów widzianych w MTV Cribs. Oczywiście aby nie było tak kolorowo szafa nie pomieściła wszystkich moich rzeczy 😉 Rodzice wiadomość o wyprowadzce przyjęli dość dobrze, tata całą sytuację skwitował zdaniem że zawsze mogę wrócić i z rzeczami mam się nie spieszyć, mama natomiast już następnego dnia wystawiła mój tapczan na śmietnik. Kwiecień. Pierwszy pasterski wyjazd z Hachim i Lilu. Do tej pory starałam się trzymać gnojka na dystans. W końcu nie był mój. Niestety po tym wyjeździe wszystko się zmieniło. Zakochałam się w nim i coraz częściej było mi smutno… on nie był moim chłopcem. Maj. Pierwsze zawody DCDC z Lilu – pierwsze i bardzo udane. Lilok dał radę. Byłam i jestem bardzo dumna. Czerwiec. Kolejny wyjazd na owce. Wspaniały. Podczas powrotu cały czas rozmawialiśmy z R. Nie obyło się bez morza łez z mojej strony. Od tej pory Hachiko był moim chłopcem. Jestem za to niezmiernie wdzięczna R. To był mój drugi pies. Drugi otrzymany od R. Drugi najwspanialszy na świecie. Dziękuję. Dalej czerwiec. Wizyta u psiego okulisty z Kiki. Już od jakiegoś czasu obserwowaliśmy ją, wiedzieliśmy że coś jest nie tak.  Okazało się że Kika ma jaskrę i spore uszkodzenia oczu. Wrzesień. Finał Krajowy DCDC w Warszawie. Lilu pokazała na co ją stać. Zdobyła 2 miejsce w Dog Dartbee. Nadal w to nie wierzę 😉 Ten puchar jest dla mnie czymś więcej niz drugim miejscem… to puchar za całokształt tego jaka jest, jak bardzo się stara i jak bardzo ją kocham. Listopad. Lilok zachorował. Później okazało się że babciowa noga która od roku nie potrafiła się zagoić została dodatkowo zakażona. Babcia ze stanem zagrożenia życia została przyjęta dopiero do 3 szpitala który odwiedziła. Minęły może 2 dni. Dziadek ze strony mamy trafił do szpitala. Operacja. W tym samym czasie babcia od strony mamy naderwała sobie jakieś mięśnie na plecach. Znowu lekarze, badania. Dziadek wyszedł ze szpitala. Znowu kilka dni, drugi dziadek trafił do szpitala. Wizyty w szpitalu były dla mnie coraz cięższe. Pewnego dnia przez przypadek trafiłam na porę zmiany opatrunku. Widok babcinej nogi bez opatrunku był dla mnie szokiem. Całą drogę płakałam. Nie tak to sobie wyobrażałam. Tata również często odwiedzał babcię, właściwie kilka razy dziennie. Trzeba było jej pomagać dosłownie ze wszystkim gdyż panie pielęgniarki nie kwapiły się z pomocą. Tacie również coś strzeliło w kręgosłupie. Idąc do pracy wywrócił się i potrzaskał. Każda kolejna wizyta w szpitalu kończyła się nerwami. Im dalej tym gorzej.  Na święta udało się zabrać wszystkich do domu. Powrót mojego dziadka przypominał scenę z horroru, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Miałam nadzieję że w tym roku nie spotkamy się już z pracownikami służby zdrowia, niestety drugi dzień świąt spędziliśmy na pogotowiu towarzysząc mojej mamie przy kroplówce. Dość dużo wrażeń jak na jeden rok… czasami dużo za dużo. Miejmy nadzieję że przyszły będzie owocny jedynie w te pozytywne. Szczęśliwego Nowego roku wszystkim !

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s