Prawdziwa wena raz jest, raz jej nie ma…

Ostatnio jakoś tak bez weny i ochoty na cokolwiek. Od kilku dni muszę robić to czego nie lubię najbardziej – flashe, ps’y i inne strasznośći. Bardzo nie lubię tego typu roboty bo psuje mi nawet najlepszy humor. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt że każdy projekt muszę skończyć, nie mogę do niego wrócić za dzień, tydzień czy miesiąc. Musi być na już, bez możliwości późniejszych poprawek. Dobrze że psy nie mają takiej opcji… 😉 W innym wypadku było by krucho ze mną i Lilu. Właśnie – Lilu. Mój jedyny i niepowtarzalny, magiczny border konik miał wczoraj kolejne zastrzyki dostawowe z kwasu hialuronowego. Ostatnie zaaplikowane były zaledwie we wrześniu a stawy już suchutkie jak pustynia. Moja panienka tym razem do weterynarza wybrała się z R. Jeden telefon, są na miejscu, wszystko przekazałam co i jak. No to teraz robię obiad i czekam aż wrócą. Nie minęła chwila i telefon zadzwonił ponownie. Coś się stało ! Na pewno coś się stało. Odbieram z żołądkiem przy samym gardle. Uff to na szczęście pozytywna nadopiekuńczość drugiego Pana Weta który iniekcji Liloczkowi jeszcze nie wykonywał. Wszystko przekazane. Tym razem jednak nie zaczekam na nich w domu – pilates mnie wzywa ! Choć bardzo mi się nie chce, idę bo wiem że wyrzuty sumienia powiązane z ośmioma dodatkowymi kilogramami nie dadzą mi spokoju. Po raz kolejny jestem najmłodsza na sali i znowu po raz kolejny jestem jedyną osobą która nie potrafi dotknąć palcami stóp, a talerz paelli zjedzony przed zajęciami na pewno w tym nie pomógł. Godzina minęła. Nie było tak źle. W domu czekała już na mnie Liloczka, jeszcze minimalnie naćpana ale za to ze szpanerskim, czerwonym bandażem na łapie. Chwilka wytchnienia i znowu siadam do komputerowych okropieństw. Zaraz 23;00, komputer już wyłączony. Na dworze jest biało, pięknie i bardzo spokojnie. Spacer! Psiaczki pobiegały, potarmosiły mną jak szmatą na prawo i lewo. Minęła nie cała godzina i się zaczęło – szpital polowy o specjalizacji “wymiociny i inne rzygi”. To był pierwszy raz Hachika. Stał biedny nad kupą wymiocin i patrzył na nas tak jak by co najmniej kogoś zabił. R posprzątał, a ja w tym czasie wycierałam obrzygane ryło pokazując że nic się nie stało. W nocy sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Rano Hachiko był wyjątkowo nie w sosie. Miał strasznie smutny pysk i ewidentnie było widać że źle się czuje. Po południu znowu zwymiotował. Odwiedziliśmy Pana Weterynarza. Ha bardzo go lubi, nie lubi natomiast jego gabinetu. Zastrzyk w karczycho, zastrzyk w dupsko + doustnie kontrast w razie gdyby wymioty nie ustały. Pan Wet poprzytulał Hachika. Uprzedził również iż za pewne kontrast zwróci bo wszystkie psy zwracają. Minęło już 7 godzin – nie zwrócił do tej pory. Ma weselsze oczy. Przed chwilką miał nawet na tyle energii aby pobawić się z Lilu w zsypywanie śniegu z krzaków. A teraz pieseczki – czas spać ! Dobranoc ! 🙂

Kaleka

164667_501599166551482_1641016679_n

Obrzyganiec

430783_501599116551487_2039473679_n

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s