Do przodu

Wczorajszy dzień zaliczam d bardzo bardzo udanych. Po raz kolejny zostałam z psami w domu, tym razem jednak nie w celu nic nie robienia, a wizyty u lekarza. Jako że wizyta umówiona została na beznadziejną godzinę wczesnopopołudniową i trzeba było nieco ogarnąć burdel w domu tym razem nigdzie nie pojechaliśmy. Pieseczki grzecznie leżały na swoich miejscach, a ja mogłam się oddać w całości tak fascynującym czynnością jak np. sortowanie ubrań leżących od tygodnia na klatce. Jako że w domu fruwało coraz więcej kłaków, a wyznacznik w postaci sierści Kiry pokazywał “to już czas na ponowne czesanie” wzięłam całą trójeczkę w obroty. Uhh jaka ogarnęła mnie radość kiedy się okazało iż mój wspaniały, dwurzędowy grzebień rozprawia się również z sierścią najmłodszego gnojka ! Niby sierść krótką, niby bezproblemowa a w rzeczywistości leciało z niego że hoho. Najpierw magiczny grzebień, później furminator i ciągła walka aby stał w miejscu – nie żeby chciał uciekać, o nie, gorzej. Od kiedy zmieniła się moja postawa w stosunku do Ha, gnojek próbuje wykorzystać każdą możliwą sytuację aby powróciła dawna mamusia która by wyściskała, wymiziała i wycałowała biednego pieseczka. Po kilku nieudanych próbach wgramolenia swojego czarnego tyłka na moje kolana ustąpił i siedział grzecznie z miną bitego deską psa. Jego humor momentalnie się zmienił kiedy wzięłam w obroty Kirę – chodził na około niej, przeskakiwał z łapy na łapę i tylko kombinował gdzie by tu ją skubnąć, jak pociągnąć za ogon czy ucho. Muszę przyznać wredny z niego gnojek. W przypadku Kiry podobny standard – najpierw magiczny grzebień aby sierść rozczesać, a później trymer hakowy plus mina w stylu “nienawidzę cię mamo !”, a po wszystkim wielki foch. Z Lilu wbrew pozorom problemów było najmniej. Stała grzecznie wiedząc że im mniej fochów tym szybciej się uwolni. O jakie było moje zdziwienie kiedy przejeżdżając po jej grzbiecie wyczułam żebra! ŻEBRA u Lilu ! Coś do czego dążyłam od ostatniego pół roku. Oczywiście dopiero po wyczesaniu całej trójki dotarło do mnie że dywan nie był najlepszym miejscem na urządzenie psiego salonu piękności… Po wizycie u lekarza zachęcona ciepłem i przebłyskami słońca postanowiłam wziąć Hachiego na pierwszy od dawien dawna trening frisbee. O jakie było jego zdziwienie kiedy zobaczył  że wyciągam dyski, szarpak, piłkę i o wyjście z pokoju proszę tylko jego. Jego podekscytowanie dało się troszkę we znaki przez co nie obyło się bez kilku sprowadzeń go na ziemię ale tym razem było zupełnie inaczej niż zawsze. Presja którą na niego wywierałam by pokazać iż nie podoba mi się jego zachowanie była naprawdę duża, a on mimo to czekał aż się skończy i zamiast uciekać lgnął do mnie jak gdyby mu to w ogóle nie przeszkadzało – nie to żeby nic sobie z tego nie robił, robił i było to widać dość mocno, ale chęć zabawy ze mną była silniejsza. Przemyślał, uspokoił się i znowu był pięć centymetrów przede mną zwarty i gotowy do dalszych działań. Wczoraj pierwszy raz zauważyłam jak się zmienił fizycznie – zmężniał, zaczął poruszać się bardziej borderowo, delikatnie i z lekkością. Bardzo przyjemnie się na niego patrzyło. Podczas naszej praco-zabawy ogon miał w dole, ale bynajmniej nie był zgaszony – raczej przejęty i skupiony. Popracowaliśmy chwilkę nad flipami które są coraz lepsze, kilka overków, jedna sekwencja w całości. W trakcie zabawy zebrała się koło nas mała publiczność w postaci dzieci wracających z przedszkola razem ze swoimi rodzicami. Nie przeszkadzali Hachikowi co bardzo mnie cieszy – byłam tylko ja i dyski. Ahh zapomniała bym dodać że ćwiczyliśmy na naszym placu przed blokiem – w miejscu gdzie kilkukrotnie napadły go psy. Po treningu byłam niesamowicie szczęśliwa i dumna z Mojego Małego Chłopca. Wieczorem odwiedziła nas Hachikowa ciocia z którą wspólnie pospacerowaliśmy po mieście. Udało nam się ominąć w bardzo ładny sposób 4 psy, z jednym było niestety gorzej ale był od nas zaledwie metr i już z oddali zawodził nieprzyjaźnie na Ha. Postanowiłam że mimo iż sąsiedzi i ich durny pies mieszkają obok nadal i za pewne do niemiłej sytuacji dojdzie jeszcze nie raz to mimo wszystko po raz kolejny postaram się załagodzić w nim ten strach przed placem, klatką i wieczornymi wyjściami. Wracając ze spaceru do domu przygotowałam szarpak i za nim jeszcze Ha zaczął się niepokoić chwilkę się poszarpaliśmy, a później dałam mu aby zaniósł go do domu. Na klatce zaczęliśmy się bawić w zostawanie, trzymanie szarka i szybkie aportowanie po schodach – pierwszy raz od dość dawna w tak radosny sposób wszedł na górę. 

Jedna rzecz dość nieco mnie zaskoczyła… od tych kilku dni kiedy staram się zachowywać inaczej i nie okazuję tak wylewie swoich uczuć w stosunku do Hachika, nie zabiegam o niego, jestem bardziej stanowcza on przesypia u mojego boku praktycznie całą noc. Wcześniej wiercił się, wchodził, schodził często mnie przy tym depcząc – teraz tego nie ma. Jest inaczej i chyba lepiej.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s