Małe, wielkie zwycięstwa

Ostatnimi czasy u nas nieco lepiej – z jednej strony intensywniej, energiczniej a z drugiej spokojniej. Coraz lepiej się dogadujemy – my w sensie ja i Cziko. Ostatnią niedzielę spędziliśmy w bardzo miły sposób – grillowaliśmy razem z kilkoma członkami naszego dog frisbowego klubu. Jadąc na miejsce byłam nieco wystraszona gdyż jak się okazało jedna z ośmiu suczek miała cieczkę. Ba  miała właśnie dni płodne !!! Byłam w 99% przekonana że grillowy wypad zakończy się dość szybkim powrotem do domu poprzedzonym z szarpaniną i toną nerwów. Dodatkowo jednym z gości był również świnko-nosy toller Frugo z którym Ha nieszczególnie się kochają – obstawiałam dymy na dzień dobry. I w jednym i drugim przypadku zostałam bardzo miło zaskoczona – bardzo bardzo bardzo. Cała dwunastka bardzo fajnie spędziła ten dzień – Norisiowa kaczka była dość interesująca, ale ku mojemu zdziwieniu Hitachi bez problemu się opanował, nie próbował gwałcić, nie był natarczywy – bawił się jak by nigdy nic.Z Frugockim również było w miarę ok – co prawda koniec końców panowie postanowili przeprowadzić wymianę zdań – na szczęście już pod sam koniec i raczej z większą ilością męskiego kogucenia niż rzeczywistej agresji 🙂 Jedynie sytuacja z Lilu była dla mnie bardzo przykra choć wiem że reszta klubu ma do tego lightowe podejście. Starsze psiaki są już dość dobrze zorientowane w sytuacji, schodzą Lilu z drogi, nie naruszają jej niestety dość daleko sięgającej przestrzeni osobistej, uspokajają swoim zachowaniem itp. Tak się jednak składa że od pewnego czasu “stara gwardia” powiększyła się o młodzików, a oni jeszcze nie do końca rozumieją że Lilu = śmierć. Oberwało się najmłodszemu narybkowi – Sorinkowi i jego lilakowemu nosowi… było mi bardzo głupio i przykro, mimo iż utwierdzano mnie że nic się takiego nie stało. Boli kiedy widzisz że twój pies ma takie odpały i może wyrządzić innym krzywdę. Ciesze się bardzo że ludzie są tak wyrozumiali w stosunku do Lilu 🙂

Jak w temacie – za nami kilka małych zwycięstw. Jednym z nich jest jako takie ogarnięcie stada owiec na którym od pewnego czasu pracujemy. Staram się zabierać Ha do owiec raz w tygodniu i zazwyczaj się udaje. Owce na których pracujemy to ciężkie owce mięsne, nie znające psa i bojące się człowieka. Dodatkowo w skład stada po za ogromnym baranem i jedną wrzosówką wchodziło również 6 dwutygodniowych jagniaków… Teraz na szczęście ostały się dwa. Prócz extrasów w postaci jagniaków, broniących ich matek i wielkiego, stawiającego się barana jest  biegający wzdłuż płotu i ujadający pies (coś owczarkowato-goldenowego), a po całym polu biega drób – od kur zaczynając a na kaczkach kończąc. Udał się nam dojść do takiego momentu w którym 1. Ha olewa drób, a drób wraca do swojej zagrody, 2. Ha olewa biegającego i ujadającego psa 3. owce w końcu nie uciekają przede mną i mogę do nich swobodnie podejść (co było wielkim i wzruszającym  wydarzeniem dla ich właścicieli) 4. owce zaczynają respektować psa, coraz rzadziej się stawiają i powolutku współpracują. Po przedostatnim wejściu byłam pełna skrajnych emocji – zaczynając od tego czy w ogóle jest sens takiej pracy, po rozmyślania czy to oby nie za dużo dla Ha… Oczywiście nagraliśmy filmik który po obejrzeniu wydawał się być o wiele lepszym obrazem tego, co wydawało mi się na miejscu. Filmik powędrował do “obytych w temacie” osób które po za drobnymi uwagami pod moim adresem (spodziewałam się ich WIELE więcej) BARDZO pochwaliły psa i stwierdziły że jak na tak hardcorowe warunki spisuje się ZASKAKUJĄCO dobrze.  Podczas oglądania naszego video rzuciło mi się w oczy to jak bardzo Ha mi pomaga – widać że zna już teren i owce, wie kiedy i gdzie zablokować im drogę przed ucieczką, uspokaja je i wycofuje się z sytuacji “niekomfortowych” wymyślając inne rozwiązania których nie rozumiałam… – jest ode mnie mądrzejszy w owczych sprawach o stokroć. Z kolej moja pomoc w jego kierunku była totalnie marna, co staram się zmienić od ostatniego razu. Obecnie najważniejszymi rzeczami nad którymi musimy się skupić jest zaufanie, posłuszeństwo i spokój. Reszta przyjdzie z czasem.  W najbliższy weekend wybieramy się znowu na pasienie – tym razem w miejsce od którego to wszystko się zaczęło. Mam nadzieję że uda się coś nagrać i że pójdzie nam również dobrze jak ostatnio w Sielinku.  Nie mogę się już doczekać spotkania z “moimi” człowiekami za którymi bardzo tęsknie….

Kolejnym naszym małym zwycięstwem jest wyjazd na DCDC Poznań i udział w seminarium z Moną Konishi. Podczas zawodów udało nam się zdobyć pierwsze miejsce w konkurencji Pro Toss&Fetch – do dzisiaj nie mam zielonego pojęcia jak to się w ogóle stało… Nigdy w życiu nie przypuszczała bym że po tygodniu jako takich treningów gdzie dopiero co nieco zaczęło mi wychodzić (stabilność lotu dysku w 6/10) uda nam się zatriumfować właśnie w tej konkurencji. Było to drugie w moim życiu pudło – a Hachikowe bodajże trzecie ( na 4 starty w zawodach) – ogromny szok, radość i niedowierzanie do samego końca. Pod wieczór Hachar razem z R wywalczyli jeszcze trzecie miejsce w konkurencji Long Distance.  Po mimo ogromnego stresu i żaru lejącego się z nieba całe zawody przebiegły w bardzo fajnej atmosferze. Najgorszym momentem był dla mnie niedzielny wyjazd moich klubowych kolegów i koleżanek. Przez chwilę myślałam nawet o rezygnacji z seminarium. Ja sama z Hachim w wielkim mieście. Sami w hostelowym pokoju który dzień wcześniej był zatłoczony. NIE LUBIĘ. Na szczęście nie żałuję swojej decyzji o udziale w seminarium. Szczęśliwym trafem, późnym wieczorem mój pokój znowu zrobił się tłoczny. cnd…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s