Ija Ija Szwajcaryja !

Pięć dni na które czekałam od prawie pół roku – pięć wspaniałych dni które będę pamiętać do końca życia !

Tak naprawdę pomysł wyjazdu do Szwajcarii zrodził się rok temu na Mistrzostwach Europy które odbywały się w Poznaniu. Przechodząc obok pola wręczono mi ulotkę z informacją iż kolejne ME odbędą się w Szwajcarii. Po dotarciu do naszej “bazy namiotowej” rzuciłam w żarcie czy pojedziemy. Początkowo pomysł przycichł ale wraz z początkiem tego roku zaczął na nowo kiełkować a żart stał się faktem.

Bardzo długo zastanawiałam się czy startować, czy nie startować. Po występie w Usti i naszych treningach byłam coraz bardziej na NIE. Duże NIE. To co początkowo było idealne zaczęło się chrzanić, a ja zdałam sobie sprawę że moje emocje potrafią porządnie narozrabiać w hachikowym mózgu – nie tylko przy frisbee, ale w całym naszym życiu (a niestety czas przed zawodami zbiegł mi się z innymi “nieprzyjemnymi” zdarzeniami rodzinnymi). Im więcej treningów tym było gorzej aż do dnia w którym podszedł do nas Pan Żul (jeden z żulowskiej publiczności), uścisnął moją rękę, wyściskał Hachika i powiedział “nie spinaj się tak, jesteście zajebiści i super się na was patrzy”. To był nasz ostatni trening, a Pan Żul dodał mi otuchy i postanowiłam zaryzykować pośmiewisko 🙂

Nasz wyjazd rozpoczął się wcześnie rano, nim wstało słońce. Pamiętam białą jak mleko mgłę w drodze na auostradę. Droga do niemieckiej granicy minęła nam dość szybko i bez większych problemów. Przejazdu przez Niemcy nie wspominam za dobrze – autostrada z płyt betonowych, syf i smród na parkingowych ubikacjach, płatne WiFi nawet w Mc (szok). Droga dłużyła się potwornie. Przełomem był ponad 5km tunel w Austrii który zaprowadził nas wprost pod Szwajcarską granicę, a tam – inny świat. Okiennice zdobiły niemalże każde okno, tak samo zresztą jak kwiaty. Elewacje domów były pokryte czymś co z daleka przypominało smoczą łuskę, a w przybliżeniu okazało się być drewnianą obiciówką. Góry, jezioro Bodeńskie i świecące słońce. Magia.

Po przejechaniu kilkudziesięciu km dotarliśmy na miejsce – ogromny kompleks sportowy z kilkoma boiskami i wielką trybuną – wszystko z widokiem na góry.  Po rozłożeniu naszej wielkiej bazy namiotowej (składającej się z trzech ogromnych namiotów) przyszła pora na zapisy i kąpiel po kilkunastogodzinnej podróży. O jak wielkie było nasze zdziwienie kiedy okazało się że damskie prysznice są wspólne… Dla Szwajcarów, Niemców czy Holendrów było to normalne, dla nas, ludzi wychowanych w kraju konserwatywnym i zachowawczym (co zmienia się dopiero od kilku lat) było to niemałym szokiem. Nieźle się nakombinowałyśmy jak to zrobić, aby zachować swoja prywatność, ale w końcu się udało 🙂

W piątek rozegrane zostały konkurencje SPT&F, PT&F, T&F do freestyle beginners i Quad. Oczywiście podczas rozgrzewki nie wychodziło mi nic. Kompletnie nic. Nie potrafiłam dorzucić nawet do 3 strefy ! Co gorsza Toss do freestyle beginners miał zostać rozegrany właśnie na polu na którym powietrze stało w miejscu, a dorzucenie do IV strefy graniczyło z cudem. I tak też się stało ;] Jakimś dziwnym cudem udało nam się z Ha “nazbierać” 14,5 pkt w ośmiu rzutach… jednym słowem mówiąc KATASTROFA ;] ale o dziwo mój humor pozostał niewzruszony. Po wielkiej porażce ze mną Hachinko startował w pierwszej rundzie SPT&F z R – udało im się nazbierać 20,5 pkt. Łącznie z drugą rundą uzbierali 42 pkt co dało im 17 miejsce, a według punktacji 10 miejsce i kwalifikacje na Mistrzostwa Świata. W Quadzie niestety nie poszło chłopakom zbyt dobrze, choć po cichu liczyliśmy na pierwszą piątkę. Wyszło to iż nie współpracują ze sobą zbyt często (a właściwie tylko na zawodach…), nie zrozumieli się i udało się wyłapać zaledwie 46,5m. W między czasie okazało się iż zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca naszych zawodów znajduje się poligon wojskowy na którym akurat odbywały się jakieś manewry… Jak można się domyślić dla sporej części psiaków był to duży problem…

W sobotę naprzemiennie świeciło słońce i padał deszcz, a przed nami były dwie rundy freestyle. Zaskoczeniem był dla mnie fakt iz ogromny stres który towarzyszył mi przed startem praktycznie zniknął po wejściu na środek. Muzyka ruszyła, pierwszy i najważniejszy dla mnie dysk złapany i jakoś to poszło. Po naszym free wycałowałam Ha jak tylko mogłam bo chłopak bardzo się starał i ratował mi tyłek jak tylko mógł. Co prawda mieliśmy 4 niezłapane dyski (w tym dwa z vaultów z którymi mam ostatnio problem) ale nie było najgorzej. W gruncie rzeczy byłam zadowolona i do kolejnego freestylu podeszłam z jeszcze większym luzem co zresztą było widać po moim “frisbo-tańcu” na środku 😉 Vaulty wyszły, współpraca była na fajnym poziomie, Hachiko znowu został wyściskany i zacałowany. Niestety rezultaty z tossa i free były nam nieznane aż do niedzieli, tak więc nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Wieczorem usłyszałam baaardzo miłe słowa na temat naszego występu i oczywiście najwięcej na temat Ha. Dowiedziałam się również tego że byliśmy jednym teamem miedzy którym było widać “miłość” – to sprawiło mi ogromną radość 🙂 Krótko po moich występach na polu obok zaprezentował się Rafał z Ki. Ich wyjazd był stricte rekreacyjny, po Kirce nie oczekiwaliśmy zbyt wiele da tego ogromnie nas zaskoczyła wyłapując w T&F 18 punktów przy 6 rzutach. Od zeszłego roku od kiedy Ki choruje na jaskrę 18 punktów było nieosiągalne, nie mówiąc już o 6 rzutach! Miejsce i atmosfera bardzo jej się podobały co zresztą okazywała tarzając się w trawie jak szczeniak raz za razem.

Wieczorem wybraliśmy się na mały spacerek po lesie i niższych partiach gór, Widoki zapierały dech w piersiach. Ścieżki czyste, bez ani jednego papierka, łąki z równo skoszoną trawą i krowy z dzwoneczkami – czego chcieć więcej? W między czasie zawodów udało nam się kilkukrotnie wybrać do pobliskiego centrum handlowego. O jak wielkie było moje zdziwienie kiedy się okazało że środka wolno wchodzić z psami. Ba ! Jeszcze większe było wtedy kiedy okazało się iż ludzie kompletnie nie zwracają na owce psy uwagi i traktują ich obecność jak oczywistą oczywistość. Zachowanie psów również było jak by inne niż u nas – psu nie interesowały się przechodzącymi obok ludźmi, szły towarzysząc swoim właścicielom w zakupach jak by nigdy nic. Pierwszy raz w życiu widziałam półkę długą na kilka metrów i w całości zapełnioną różnymi rodzajami majonezu – zaczynając od majonezu z cytryną, a kończąc na tym z łososiem. W powietrzu nie było czuć żadnej chemii, na dziale z pieczywem pachniało pieczywo, a na dziale z owocami pachniały pięknie poukładane i wypolerowane owoce. Niestety ceny były dość zabijające… 🙂

W niedzielę R i Ki wystąpili w drugim freestylu (lało tak że ło matko !) , poszło im całkiem zacnie. Pod koniec dnia pogoda się uspokoiła, wyjrzało słońce a my w spokoju mogliśmy oczekiwać na wyniki. Chyba nigdy nie zapomnę momentu w którym Alen wyczytywał miejsca wszystkim teamów mojej dywizji. Miejsce X (pierwsza X była moim celem) , IX, IIX, IV, III a mnie dalej nie ma, w końcu II i nadal nie wierzyłam. Nie zdążyli jeszcze wyczytać mojego nazwiska, a cała nasza reprezentacja buchnęła radością. A ja stałam jak kołek i nie wiedziałam co mam zrobić. Pamiętam że zaczęłam całować Hachika i dziękować mu za spełnienie kolejnych niewymarzonych jeszcze marzeń.  Po zobaczeniu kart ocen okazało się iż mimo tak słabego tossa moja przewaga nad drugim miejscem wynosiła 7,6 pkt w czym źle policzono mi niezłapane dyski w drugim freestylu (były 3, na karcie 7) – ale to nie było już ważne… 🙂 R i Ki w ostateczności udało się zająć 27 miejsce co bardzo mnie cieszy.

Krajobrazy, ludzi, atmosferę, całe zawody, Szwajcarię, Boże Boże Bożenkę, Natkę smażącą Pancakes i dopingującą nas z garem w ręce zapamiętam do końca życia. Te pięć dni było jednymi z najlepszych w moim życiu. Mam nadzieję że za rok uda nam się to powtórzyć 🙂

ps. Szwajcaria okazała się być na tyle wspaniałym miejscem iż mogła bym tam zamieszkać i ze względu na wszystkie plusy jakie oferuje te miejsce była bym w stanie przyzwyczaić swoje uszy do języka niemieckiego… 🙂

ups… była bym zapomniała 🙂 W konkurencji “Hunderennen” (sprawdzanie szybkości psa na 75m) udało nam się wykręcić 6 czas 61 psów. Przebieg mógł być o wiele lepszy gdybyśmy zwiększyli rozbieg – niestety o tym że Hachiko nabiera pełnego rozpędu dopiero po przebiegnięciu jakichś 20m zorientowaliśmy się w trakcie przebiegu…. ;]

1370261_570900729613083_1089071890_n

Advertisements

3 Comments Add yours

  1. Rapsodia says:

    Gratuluję! I trzymam kciuki za kolejne sukcesy i wspólne docieranie się! 🙂
    A Pan Żul mnie rozbroił! Czasami wystarczą miłe słowa od kogoś obcego, prawda?

    1. trzypsy says:

      bardzo dziękuje w imieniu moim i Ha. A Pan Żul cóż… na początku mnie przestraszył, ale jak się później okazało całkiem fajny człowiek 🙂

  2. mlnw69 says:

    Gratulacje rezultatów i przełamania się do wyruszenia na taką przygodę! Ten pierwszy krok często najtrudniejszy 🙂 a Szwajcaria jest cudna! Piękne widoki i otwarci ludzie.. Jeden z kilku krajów w których mógłbym mieszkać 🙂

    Pozdrawiam, Ł.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s