Mistrzostwa Europy USDDN 2014 – Kaposvár, Węgry

Kiedy wasz mózg mówi nie i wtóruje mu dodatkowo serce lepiej posłuchajcie… tych dwoje zazwyczaj się nie myli 😉

Wtorek godzina 15:00 (a właściwie trochę po) zapadła decyzja – jedziemy. Jakoś bez entuzjazmu. No ale – jedziemy to jedziemy.

Nad Balaton zajechaliśmy z samego rana. Przywitał nas deszcz, niemiła Pani w portierni i zakaz pławienia psów… tia. Później na szczęście się przejaśniło a humory poprawiły pływające w jeziorze węże, samochodowa wycieczka po półwyspie Tihany z którego roztaczały się bajeczne widoki, a wieczorem pyszne lody i spacer po okolicy.

Do tej pory Węgry kojarzyły mi się z mnóstwem kolorów (w szczególności z czerwieniami, pomarańczami i żółcieniami), papryką, słońcem i uśmiechem na twarzach. To co zastałam na miejscu nieco mnie rozczarowało… ale zachęcam do osobistej oceny, nieopartej na moich doświadczeniach 😉

We czwartek powoli zbieraliśmy się do miejsca docelowego naszej podróży – Kaposváru, przemierzając Balaton promem – Ha miał mega radochę. Pogoda na szczęście się poprawiła i towarzyszyło nam słońce. Ale brak R, Lilu i Kiry zaczął doskwierać. Mocno. Jakiś czas temu mój mózg rozsypał się na milion kawałków i jak się okazuje takie “samotne” wyjazdy raczej mi nie pomagają… a moje łzy i smutek wpływają bardzo mocno na Ha.

W piątek z samego rana ruszyliśmy na miejsce zapisów i tak jak przeczuwałam, nie obyło się bez “ale”. Pomimo zapisu we wtorek, potwierdzenia go przez pw nie było mnie na liście.Panie nie wiele rozumiały w języku angielskim i na moje “I signed up on Tuesday, and you confirmed” odpowiadały “signed up today?“. Na szczęście przyszedł jeden Pan, wziął listę i mnie dopisał, a po chwili okazało się że na niej byłam.

Nasze zawody zaczęliśmy od rundy Toss&Fetch podczas której Ha był wyjątkowo sfrustrowany moim samopoczuciem. Podczas 90 sekund rozwalił dwa Xtraki. Drugą lepszą stroną naszego startu były 22punkty – nasz nowy, wspólny rekord – które zakwalifikowały nas do Top20 – ostatecznie zakończyliśmy tą konkurencję plasując się na 21 pozycji (na 72!) – zważywszy na to że tossa rzucam na poważnie od końca marca jestem z siebie mega dumna. No i oczywiście z Pana Ha który chyba znowu zaczął wierzyć w siebie i co jakiś czas pięknie wyskakuje do dysku.

W sobotę czekał nas pierwszy freestyle i zorientowałam się że głupia nie zabrałam odpowiednich dysków… w mojej torbie “treningowej” uśmiechało się do mnie 11 fastbacków flexów które przy wietrze i mocnym chwycie Hachika nie wróżyły nic dobrego. Nerwy zaczęły mnie troszkę zjadać – czułam się źle, samotnie – dodatkowo miałam zrobić we freestylu coś co próbowaliśmy zaledwie dwukrotnie, nieszczęsne dyski i lista startowa która zmieniała się trzykrotnie przerzucając nas z miejsca pierwszego na ok.szóste, po czym znowu na koniec pierwszej piętnastki.

Wybiła nasza godzina i rozpoczęliśmy z H nasz wspólny “taniec”. Nie szło nam najgorzej, ale na 100% też nie. Sporo niezłapanych dysków (tak właśnie działa mój rozwalony mózg na Ha… 😦  ), cztery z połamanymi rantami. Ale pocieszyło mnie jedno – nasza nowa sekwencja wyszła, prawie wyszedł również back vault – prawie, bo: Ha pięknie się wybił, pięknie wyskoczył ale niestety nie był w stanie złapać dysku gdyż poprzedni utknął na jego kłach i za cholerę nie chciał zejść… trzeba go było po vaulcie ściągnąć ręcznie.  Skończyliśmy raczej zadowoleni, choć widziałam że z Ha jest coś nie tak. Runda tossa do freestylu poszła nam jak krew z nosa… ja rzut prosto, a Ha w lewo – jakoś wcześniej nie pomyślałam że brak band na około boiska może być dla Pipinka jakimś problemem. Patrząc na to ile czasu straciliśmy na naszym małym nieporozumieniu i co z dyskami wyprawiał wiatr cieszę się z tych 15,5 punktów (w tym aż 1,5 za wyskoki!). Po rundzie tossa Hachiko był już całkiem nie swój. Zabrałam go na spacer tylko we dwójkę ale nie chciał się jakoś specjalnie bawić. Był “nie w sosie”. Mijając rozstawiony na polanie namiot pod którym oferowano masaże dla psów przyszedł mi do głowy pomysł który początkowo wydawał się głupkowaty… a jednak. Pobiegliśmy wspólnie do namiotu po portfel i wróciliśmy z powrotem pod namiot. Sześć euro to w sumie nie duża kwota… więc czemu by nie spróbować. Masażystką okazała się przemiła Pani blondynka, znana w psim świecie. Zaczęła dotykać szyi Ha, kręgosłupa a następnie łap. A jednak – kontuzja z przed półtora miesiąca nadal dawała o sobie znać. Na pysku Ha widać było grymas bólu kiedy Pani rozmasowywała mięsień. Po chwili było już ok, Ha leżał odprężony i taki jak by szczęśliwy… 🙂 Wracając do namiotu już zachowywał się inaczej. Był żywszy, weselszy, inaczej chodził. Po dojściu od razu poszedł spać i wszystko było by wspaniale gdyby nie bezdeszczowa burza która przyszła po jakimś czasie. Ha ogólnie nie boi się burzy, w domu owszem reaguje ale raczej na histerię Kiry niż na same grzmoty. Niestety… jak nie urok to sraczka. Za ścianą sypialni naszego namiotu umiejscowione zostały trzy bojące się burzy psy. Piszczały, szczekały, tłukły się po klatkach a ich właściciel/ka nie umiał/a ich uspokoić. Ha wstał i zaczął niepewnie wędrować po materacu – nie było innego wyjścia jak nocny spacer który zajął nam dobre 1,5 godziny. W niedzielę wstaliśmy niewyspani ale dzięki życzliwości kilku osób nasze humory się poprawiły. Stwierdziłam że nie ma co kombinować z dyskami, nie ma co się spinać – i tak już nic nam nie zostało więc postawiłam na dobra zabawę. No i ruszyliśmy w stronę “cukierkowej góry” ( napis z mojej drugiej freestylowej koszulki “We Are Going To The Candy Mountain”) dopingowani przez przyjaciół z Niemiec czy Czech. No i jakoś to poszło – dotarliśmy do naszej cukierkowej góry. Może nie na sam szczyt, ale byliśmy  blisko 🙂 Dwa niezłapane dyski na dwadzieścia dziewięć wyrzuconych (w tym 3 połamane!) – radość na pysku Ha, jego piękne skoki, staranie i bardzo fajna współpraca zaowocowały  całkiem ładną punktacją drugiego występu – drugiego najwyżej ocenionego, polskiego free ! Dzięki temu występowi podskoczyliśmy z osiemnastego miejsca na dwunaste ! Nie jest to co prawda pierwsza dziesiątka, ale po takim tossie i tak super ! 🙂 Tego dnia usłyszałam masę pozytywnych komentarzy od baaaardzo dobrych, zagranicznych zawodników które dodały mi otuchy i sprawiły że tego dnia uśmiech gościł na mojej twarzy już cały czas…(Na samą myśl o tym znowu się uśmiecham 🙂 ) no prawie. Podczas wizyty w sklepie Ha jakimś dziwnym sposobem wyszedł ze swojej klatki i postanowił pobawić się z kolegami z Niemiec. Na szczęście został w porę “wyłapany” za co jestem niezmiernie wdzięczna. Gdy tylko usłyszałam że “Ha uciekł” w przeciągu sekundy byłam przy jego klatce ściskając go i płacząc. Nie wiem co bym zrobiła gdyby coś mu się stało… i wolę o tym nie myśleć. Wieczorem rozpoczęliśmy pysznego grilla w międzynarodowym towarzystwie, przerywając go co chwilę na grę w KanJam. Nasza gra ze standardowej przechodziła coraz to nowe wariacje… i zakończyła się kiedy większość towarzystwa miała już problem z poprawnym wyrzutem backhandu… 😉 Niestety w nocy pochrząkiwania Hachika zamieniły się w silny kaszel, a w drodze powrotnej dołączyła do niego również gorączka… 😦 

Podczas podróży słowacką autostradą minęliśmy uszkodzone auto naszej koleżanki. Zatrzymaliśmy się na oddalonej o zaledwie 4km stacji benzynowej i wysłaliśmy posiłki w postaci A. Minęła godzina, psy leżały plackiem na około ławek. Wrócił A z dość przerażoną miną. Okazało się że podczas maratońskiego biegu pierwszej pomocy minął parę butów, koszulkę, zamknięte piwo, paczkę papierosów i dokumenty należące do Polaka. Całość przypominała miejsce zbrodni… dosłownie. Nie myśląc za wiele zadzwoniliśmy na policję. Czas oczekiwania na zagraniczne służby mundurowe nie różni się od tego w Polsce… godzina. Po krótkiej wycieczce, wymianie polsko-słowackich zdań okazało się że dwa dni wcześniej nasz rodak będący pod wpływem wszystkiego co możliwe biegał prawie nagi po autostradzie…

Do domu dotarliśmy około godziny 21, gorączka Ha się wzmogła, kaszel jeszcze bardziej…

Podsumowując – były to chyba jednej z najmniej fajnych (o ile nie naaajmniej…) zawodów na jakich byłam. Zaczynając od miejsca, poprzez organizację a na atmosferze kończąc. Czy żałuję wyjazdu? Nie… a dokładniej – lepiej żałować że się coś zrobiło niż żałować że się tego nie zrobiło 🙂

Węgry na pewno nie zawisną na liście miejsc do których chcę wrócić – ale fajnie było zobaczyć na żywo to co do tej pory oglądałam jedynie na Travel Channel 🙂

Teraz kurujemy się dalej – i oboje. U mnie pojawiło sie powiększenie węzłów chłonnych pachowych – dość bolesne i nie mam zielonego pojęcia czym spowodowane…

A już jutro kierunek Miedziana Góra i tor wyścigowy. I znowu spanie w namiocie, masa obcych ludzi… na szczęście będzie ze mną Ha !

Dobranoc 🙂

10563164_480199495455471_281683102375784532_n

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s