Wyjazdowo – obozowo

W ostatni piątek sierpnia zaczęła się nasza “wielka, wakacyjna przygoda”. Pierwsza na naszej trasie była Warszawa i finały Dog Chow Disc Cup… Za wiele o nich nie napiszę bo nie ma ani o czym, ani też po co…

Pierwszy dzień i mój mały chłopiec zdobył dwa pudła. Time Trial Classic I miejsce z najszybszym czasem 15,72s (nie jest to najszybszy czas Ha), oraz TimeTrial równoległy III miejsce. Pierwszy występ we freestylu poszedł nam nie najgorzej – podczas free z nogi zsunął mi się ochraniacz i cała moja koncentracja wyparowała. Mam problemy z kolanami, biegam dość zachowawczo i sztywno z obawy że “źle stanę” co zazwyczaj jest równoznaczne z bólem dla tego taka pierdoła potrafi mnie bardziej zdekoncentrować niż np. poranione plecy. Drugi był za to bardzo fajny – po za tym że totalnie i z głupoty spierdzieliłam Zig-Zaga. Najmilszymi rzeczami które będę wspominać z tych zawodów były reakcje publiczności podczas naszego free; zazwyczaj nie słyszę nic po za muzyką, tym razem słyszałam baaaardzo dużo i było to niesamowicie miłe, nie mówiąc już o gratulacjach od zupełnie obcych osób czy też wiadomości jakie po weekendzie zasypały moją skrzynkę; – mili ludzie u boku bez których nie przetrwała bym w ogóle tego weekendu i najważniejsze – RÓŻOWY SMOK ! wspaniały prezent od MajLovej cioci. A no i w Warszawie zjadłam najgorsze spaghetti Bolognese w moim życiu i najlepsze w życiu lody Haagen-Dazs…  ;] Widząc te lody w sklepie zawsze się zastanawiałam jak można zapłacić za mały kubeczek lodów 20zł… – po zjedzeniu stwierdzam że MOŻNA ! ;D

Po DCDC nastąpiło w końcu to na co czekałam tak długo -> wyjazd na północ ! Podróż do Łyny nie zajęła nam jakoś wiele czasu, ba ! przegadaliśmy ją całą i nawet nie wiem kiedy dotarliśmy. Najbliższy tydzień mieliśmy spędzić na Mazurach które jakoś specjalnie nigdy mnie nie przyciągały…. a tu bach ! ZAKOCHAŁAM SIĘ.

Do najbliższego sklepiku i cywilizacji oddzielała nas 2km droga polna, a na około otaczało lasy, pola i końskie padoki. Nieco obawiałam się spotkania na linii nasze psy-konie, gdyż do tej pory każdy kontakt ograniczała siatka płotu. Wiadomo – najbardziej obawiałam się o Ha i o to czy oby nie wpadnie mu do głowy zaganianie owych dziwnych stworzeń. Niby kontakt z końmi i osłami miał… ale ale ale – pieseł to pieseł. Jak się okazało zainteresowanie było, i to obustronne ale jakoś specjalnie nie ciągnęło pieseła do koni – no może po za jedną sytuacją. Pewnego dnia, po frisbowaniu Pan Pieseł stwierdził że nie jest już Panem Piesełem a Mustangiem z Dzikiej Doliny który pić z miski nie będzie! Mustangi piją razem z mustangami. Pieseł zszedł z padoku na którym ćwiczyliśmy i jak by nigdy nic, z taką ostentacyjną oczywistością przeszedł do padoku obok na którym to poiły się konie. Stanął obok i również poił się z nimi, po czym z równie wielką oczywistością wrócił jak gdyby nigdy nic – bo przecież wszystkie mustangi TAK WŁAŚNIE ROBIĄ. Hak był na tyle wyluzowany że towarzyszył mi podczas wieczornej pracy w stajni, bawił się badylem leżąc obok padoku na którym odbywały się jazdy czy też towarzyszył mi podczas robienia zdjęć raz za razem wciskając się w kadr itp. Jelitko i Kira również jakoś szczególnie koniami się nie przejęły i nie interesowały biegając sobie luzem tu i tam 🙂

Praktycznie codziennie odwiedzaliśmy pobliski las, albo zażywaliśmy kąpieli w kryształowo przejrzystym jeziorze. Trzy psy czuły się jak w raju !!!

No dość już o tych nudnych psach… kilka zdań o mnie co by za nudno nie było ! 😉

Do tej pory moje relacje z końmi były dość ograniczone – sprowadzały się jedynie do głaskania koni w stadninach, na festynach ewentualnie przejażdżki na końskim grzbiecie za dzieciaka. Bardzo się cieszyłam na myśl o tym że będę mogła po obcować z tymi pięknymi zwierzętami i nigdy ale to nigdy nie przypuszczała bym że podczas pierwszego bliższego kontaktu ogarnie mnie taka panika. Byłam przerażona. Wystraszyła mnie ich wielkość, siła… i to że poczułam się przy nich totalnie bezradnie… 😦 Po kilku namowach ze strony R i M przełamałam się i wsiadłam. Było wspaniale. Na tyle wspaniale że jeszcze tego samego dnia jeździłam bez lonży i na oklep. Oczywiście coś musiało się stać bo jak by to inaczej 😉 Pierwsza myśl – pewnie spadła ! Nie. Nie spadłam. Ani razu. Natomiast jednego dnia podczas odprowadzania Boliwara – mojego “pierwszego” heh – do boksu nasze wizje na to gdzie idziemy nieco się rozminęły… Boliwar – chyba największy z 15stu koni – uderzył mną o drewnianą belkę rozwalając mi rękę na której dzisiaj widnieje mała blizna. Podczas wprowadzania do stodoły nagle postanowił wrócić z powrotem  na padok ciągnąc mnie za sobą, a ja głupia nie puściłam… Koniec końców udało mi się go zatrzymać i wprowadzić do boksu, ale ręka krwawiła i bolała dość mocno. W ciągu reszty dni nic podobnego się nie zdarzyło (no może po za kolejnym siłowaniem się z Boliwarem podczas odprowadzania i stawaniem mi na stopach). Pod koniec tygodnia udało się nawet wyjechać w teren ! 🙂

Bardzo się ciesze że udało mi się w końcu odwiedzić Mazury, a nasze psiaki choć na tydzień mogły się poczuć jak prawdziwe, wiejskie burki…

Mogła bym tam zamieszkać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s