Kto ma owce, ten ma co chce – zza kulis.

on

Poniedziałek, 17:08. Zazwyczaj, jak w każdy poniedziałek od ostatnich 6 tygodni od godziny 17:00 zaczynam rytmiczne podrygi i odbudowywanie mięśni uszkodzonej nogi na zajęciach o nazwie “Pośladki BUM BUM”. Nie dzisiaj. Dzisiaj nie podryguje, nie mam na to siły ani fizycznej, ani psychicznej… Dzisiaj mam dosyć (R również) i wiem że jeszcze kilka takich dni przed nami.

Ale wracając do początku – sobota, +16stopni, słońce w pełni. Pogoda prawie idealna, całość delikatnie psuje lekki wiatr i fakt że w tym jednym z dwóch dni kiedy mogłam się wyspać zostałam obudzona po 8 rano totalnie nie ważną błahostką… Wyprowadziłam psy, poszłam na zakupy. Ot taka zwykła “domowa” sobota. Podczas powrotu do domu z zakupów spotkałam moja mamę i mamę R. Obie zbombardowały mnie pytaniami czy może jagniaczki już sie urodziły, kiedy się pojawią, kiedy można miziać. Troszkę przytłoczona pytaniami odpowiedziałam że znając moje szczęście pewnie żadnych jagniąt nie będzie bo owce nie zaszły w ciąże. Wróciłam do domu, spakowałam obiad do zjedzenia na polu i ruszyliśmy całą szóstką montować nowa rynnę.

Zajechaliśmy, wyszłam z auta otworzyć bramę i oooooooooooooooo. OOOOOOOOOOOOO. Rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr! Jest ! JESTTTTTTTTTTTTTTTT! Jagniaczek brązowy !!!!!!!! AAAAaaaaaaaaaaaaaa! R patrzy na mnie jak na głupka zza zamkniętych szyb samochodu. Uwiązaliśmy psy aby nie stresowały owiec swoja obecnością. R poszedł zanieść do szopy wodę i słyszę “jeszcze jeden !!! Biała też ma!!!”. Moja radośc była ogromna.

Niestety jedna z owiec (która skądinąd sama jest w ciąży) biła małego brązowego którego nazwaliśmy Choco (wbrew pozorom Choco to ona ). Na prędce zbudowaliśmy kojec, zapakowaliśmy do niego Dziką razem z Choco i Białą ze Snow, rozpaliliśmy grilla i usiedliśmy do obiadu w bardzo radosnej atmosferze. Z szopy zaczęły dobiegać ciche stęki. Dzika leżała na boku i zaczęła znowu przeć – drugi jagniaczek Dzikiej !? Łoooo. Zabraliśmy psy i poszliśmy na mały spacer żeby jej nie stresować. Kiedy wróciliśmy w kojcu przywitał nas kolejny biały maluch i jeszcze jedna niespodzianka – Dzika znowu rodziła. ZNOWU. TRZECIEGO JAGNIAKA. Jako że zbliżała się godzina i zaczęło się ściemniać, w budzie było już dość ciemno i niestety nie widziałam dokładnie co się dzieje. Czekaliśmy cierpliwie na zewnątrz ale wszystko trwało długo. Za długo. Szybkie telefon – jeden drugi. Zaniepokojeni wpadliśmy do szopy –  trzeci maluch był źle ułożony. Wychodził tylnymi łapkami. Panika. Łzy. Telefon – weterynarz może być za ok godzinę. Za długo. Szybka decyzja. Kilka chwil później odbierałam poród. Bardzo starałam się nie zrobić nikomu krzywdy choć moje emocje sięgały zenitu.  Udało się – mam małego. Nie udało się – mały nie żyje. Ponad 10 minut masowaliśmy go, sprawdziliśmy co mogliśmy i zrobiliśmy co mogliśmy 😦 Emocje zmieniły się o 180 stopni. Płacz, żal. Za dużo wszystkiego. Jedno dobre że Dzika stanęła na nogi i zaczęła czyścić drugiego jagniaka (również dziewczynka).

Totalnie wyczerpani (zwłaszcza psychicznie) wróciliśmy do domu. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Wzięłam deskę, młotek i przez 2h wbijałam gwoździe. Żeby nie myśleć.

Następnego ranka wybraliśmy się na pole – Biała i Snow w super formie. Snow jest całkiem dużym, rozbrykanym i ślicznym jagniaczkiem. Niestety dzieciaki Dzikiej wydawały się dość chude w porównaniu do Snow. Telefon jeden, drugi, piąty dziesiąty – Dzika miała trudny poród, maluchy w brzuchu były trzy. Mają prawo być mniejsze. Wróciliśmy po 3h. Wszystko wydawało się ok – nie jestem znawcą owiec, to moje pierwsze stado… pierwsze jagniaki. Mama stała, młode pod nią piły mleko. A przynajmniej tak nam się wydawało. Wróciliśmy po kolejnych 3h. Dwa maluchy były coraz słabsze. Cały czas spały… znowu milion telefonów. Zaczęliśmy sprawdzać jej brzuch, dojki – brzuch twardy, w dojkach nie ma mleka. Bieg do samochodu. Pędem przetrząsaliśmy sklepy w poszukiwaniu koziego mleka który można by dokarmić maluchy. W między czasie telefon do weterynarza. Mleko znaleźliśmy 15km od domu, kolejne 20km zrobiliśmy jadać do weterynarza po zastrzyki na wywołanie laktacji. Cały czas powstrzymywałam się od płaczu. Bardzo dużo emocji. Za dużo.

20:30 Zaczęliśmy od nakarmienia maluchów – jadły bardzo chętnie (po ok 50ml). Od razu się ożywiły. Dzika się uspokoiła, lizała maluchy podczas karmienia i stała przy nich.Zrobiliśmy jej zastrzyk, wymasowaliśmy brzuch, wyczyściliśmy zatkane wymiona. Nadal zero mleka 😦

23:00 Powrót na pole. Ponowne karmienie. Tym razem Choco zjadła ok 100ml, druga mała ponad 125. Ponownie podaliśmy Dzikiej zastrzyk i wymasowaliśmy ją. Nadal zero mleka.

02:30 Zagrzałam mleko, na piżamę założyłam dresowe spodnie i wsiadłam w samochód. Gdyby wczorajszej nocy zatrzymała mnie policja pewnie pomyśleli by że albo jestem pod wpływem narkotyków, albo uciekłam ze szpitala psychiatrycznego. Pędziłam na pole ile mogłam uważając by postawiony w nogach pasażera garnek z gorącą wodą i butelkami z owczym mlekiem nie przewrócił się. Jedna mała wypiła 125ml, druga może 5ml… Nie chciała pić nawet na siłę. Dzika nadal zero mleka. Przemoczona (całą noc lało) i załamana wróciłam do domu.

5:00 pobudka, szybka toaleta. Jestem człowiekiem który nie wyjdzie z domu bez zjedzenia śniadania. Dziś tak jak zawsze śniadanie zrobiłam – zjadły je psy. Ja nie byłam w stanie. Pojechaliśmy z R na pole. Dzika nadal zero mleka. Brzuch twardy jak kamień. Choco nadal nie je. Druga mała zjadła ponad 125ml. Musiałam pojechać do pracy. KATORGA. Gdybym nie była na okresie próbnym wzięła bym wolne. Niestety życie rządzi się swoimi prawami. Pierwsza godzina minęła mi nerwowym zerkaniem na telefon czy R przywiózł już na pole weterynarza. W między czasie wykonałam również kolejne telefony w celu znalezienia pomocy dla Dzikiej i jej maluchów.

10:30 Weterynarz przyjechał, wpakował w Dziką milion zastrzyków. Okazało się że ma gorączkę – wdał się stan zapalny który mamy nadzieję że do rana zejdzie. Gdyby mimo stanu zapalnego Dzika puściła mleko było by już po maluchach… Rozwiązała się również zagadka dla czego Choco odmówiła picia mleka – z tego samego smoczka piła też druga małą. Za pierwszym razem nie przeszkadzało to Choco ponieważ była bardzo wycieńczona, teraz kiedy nabrała sił zaczęła grymasić. Wystarczyło dać jej “jej własną” butelkę i wszystko wróciło do normy – znowu zaczęła jeść. Mimo to jest BARDZO chuda, odstaje od Choco i Snow. Właściwie od Snow dzieli ją przepaść. Przyznam szczerze że po nocy i poranku moja nadzieja na to że Choco da radę zgasła. Weterynarz i kolejne wypite butelki znowu zapaliły promyk nadziei.

15:00 Wyjście z pracy i szaleńcza jazda do sklepu po kolejne litry koziego mleka i jeszcze bardziej szaleńcza jazda do domu. Zmiana spodni, zagrzanie mleka i na pole. Choco i mała wypiły 125 i 150ml mleka. Choco niestety troszkę trzęsła się zimna. Nagrzałam ją. Zrobiliśmy jej legowisko w kupce siana żeby było cieplej. Mała nabrała masy, jest dośc żywiołowa. Dzika jest spokojna i bardzo interesuje się małymi. Towarzyszy mi przy każdym karmieniu co jakiś czas wylizując smoczek butelki. Za godzinę i 20 minut znowu wracamy na pole… znowu będziemy karmić maluchy i sprawdzimy jak brzuch. Trzymajcie kciuki za Dziką i jej dzieci – kciuki bardzo się nam przydadzą.

Czemu ma służyć ten post ? Po części na pewno wyżaleniu się, po innej części szukaniu wsparcia i zaciśniętych kciuków, a po jeszcze innej – najinniejszej uświadomieniu i sobie i postronnym zainteresowanym że owce i własne jagnięta to nie tylko radość. To też stres, smutek i zły. Nie zawsze na szczęście, ale taką wersję również trzeba brać pod uwagę. My nie braliśmy – “jakoś to będzie” przekonywał mnie Pan w sklepie dla rolników kiedy kupowałam nowe lizawki. “Zwierzęta w lesie też same rodzą i dają radę” – ano dają. A na pewno te które widzimy, te których już nie widzimy rady nie dały.

Od wczoraj wydałam koło 200zł – na mleka, butelki, weterynarza. Nie wliczam w to benzyny (codziennie XX wizyt na polu, wyjazdy 30km do sklepu po mleko, kolejne 30 do weterynarza), kast i misek do kojców, samego materiału na kojce (my nasze zbudowaliśmy z palet które mieliśmy za darmo i ze stalowych rurek – te też za free). Zrobimy co w naszej mocy i wydamy tyle ile będzie trzeba żeby uratować całą trójkę… a co z tego wyjdzie – zobaczymy.

To dopiero wykoty dwóch naszych owiec, przed nami jeszcze 3…Z jednej strony jestem przerażona, z drugiej wiem już że niektóre rzeczy trzeba będzie zrobić inaczej. Cieszę się że mamy takie wsparcie znajomych – tych mieszkających bliżej i dalej. Dzisiaj okazało się że Pan H (przemiły człowiek który pomógł nam w zakupie 3 owiec, siana, owsa i w milionie innych rzeczy) pomoże nam jeżeli tylko pojawią się jakieś komplikacje przy następnych porodach. Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie ci wszyscy ludzie którzy nawet po 23 odbierają moje telefony, odpowiadają na miliony pytań i pomagają znaleźć rozwiązania problemów.

Kto mnie zna wie że jestem bardzo emocjonalną osobą i te trzy dni kosztują mnie naprawdę wiele. Ciągle się trzymam. Walczę. Będę wstawać tak często jak będzie to konieczne – a kiedy już nie będzie mój mózg eksploduje i przypłacę tę całą sytuację kilkudniowym bólem głowy… Jeżeli tylko się uda może boleć i tydzień.Byle by sie udało.

Trzymajcie kciuki – zaraz znowu jedziemy karmić maluchy.

ps. psy od wczoraj są nieco “zaniedbane” – siqupa, chwila biegania. Bardzo się cieszę że fajnie to znoszą i nie dają mi dodatkowo popalić.

 

1

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s