Kto ma owce, ten ma co chce part two.

on

hmm na czym to skończyłam ? a, tak !

no i nastał ten dzień – sobota. Po zwiezieniu wszystkiego bocznymi drogami, zarwaniu zawieszenia w samochodzie ( bo po co jechac na dwa razy skoro przyczepka taka wielka i tyle można do niej na raz wpakować… wszystko byle szybko! bo deszcz! bo świta! bo nie ma czasu!) nasza ekipa remontowo-budowlana składająca się z mechaników samochodowych, kierownika dużej firmy związanej z elektryką, psychologa, historyka sztuki, grafika itp podzieliła się na bardzo nie równe pół. Jedno większe pół dokańczało zamykanie płotu – naciąganiem kolejnych metrów siatki (a było ich prawie 700…), montowanie bramy wjazdowej stworzonej z jakichś dziwnych, znalezionych konstrukcji drewnianych, z kolei drugie mniejsze, ale silniejsze pół zaczęło stawiać konstrukcję owczej hacjendy.  Niby wszystko szło ok… do czasu aż nie uderzyło mnie w oczy to w jaki sposób nasi panowie “architekci” zaprojektowali konstrukcję dachu…. 😐 Belki od kabli wysokiego napięcia dzielił może metr ! Panowie poszli na łatwiznę i zespolili krokwie dachowe pod kątem prostym (tak jak ramiona w trójkącie prostokątnym) MATKO I CÓRKO !!!!!!!! ŚCIĄGAĆ TO ALE JUŻ!!!! Byli troszkę na mnie źli… no ale cóż, takie życie. W między czasie moja ekipa skończyła ogradzanie terenu – swoją drogą wynaleźliśmy chyba 100 sposobów naciągania siatki leśnej : łopatą, łomem (mój ulubiony – niestety wiązania na siatce się przesuwają), sztylem miotły, paluszkami w rękawiczkach, paluszkami bez rękawiczek, młotkiem… niestety każdy z wyżej wymienionych jest do dupy. Kiedy skończyliśmy przystąpiliśmy do obijania szopy – i tu znowu mieliśmy OGROMNE szczęście ponieważ wszystkie deski szalunkowe dostaliśmy za darmo – nie były idealne, ale BYŁY. “Jedyne” co musieliśmy zrobić to je zaimpregnować – wszystkie, ręcznie. Część osób przykręcała te już zaimpregnowane i wyschnięte, inna część impregnowała.Z początku planowaliśmy przybić wszystkie szalunki na gwoździe – dziś już wiem że był to wyjątkowo durny pomysł. Oczywiście tonę gwoździ zakupiliśmy… leżą w szopie i czekają na swój dzień.

Pole zamknięte – płot na obwodzie stał, obita w 1/10 szalunkiem konstrukcja hacjendy stała, konstrukcja dachu na miejscu, brama stała (kierownicy budowy nieco się walnęli w obliczeniach… po wkopaniu podkładów kolejowych które oczywiście mieliśmy za darmo, przymocowaniu do nich skrzydeł bramy okazało się że brakuje jakichś 50cm do styku. Taki o “drobny błąd”), futryna bramki oddzielającej część “rekreacyjną” od “owczej” wkopana ( o tu znowu nie mam pojęcia skąd R to wytargał… – koszt takiej metalowej futryny złożonej z zamkniętych profili  ocynkowanych to koszt ponad 300zł). Powoli można było oddzielać część rekreacyjną od owczej bo następnego dnia… nie. wróć. Tego dnia musieliśmy przecież zacząć kłaść dach! Co z tego że było późno, wszyscy byli zmęczeni, a nasze portfele ziały pustką. Szybka wycieczka do Castoramy po ondulinę (kupmy 10! 10 starczy!…tak. po raz kolejny liczylismy to chyba na zepsutym liczydle) – po za onduliną  (koszt 1 szt to ok 30zł) trzeba było zakupić jeszcze gąsiory, specjalne gwoździe z gumowymi uszczelkami  i znowu pińcet poszło…. Mieliśmy już zgon totalny.

Niedziela – dzień pełen emocji, napięć. TEN DZIEŃ. Szopa nie zamknięta ani od góry, ani od boków. Brak płotu oddzielającego część rekreacyjną od owczej… ale mimo to delegacja składająca się z Prezesa R i Głównego Kierownika Budowy M wyjechała w kierunku Wrocławia… No i właśnie ! Pojechali – ale to jak pojechali… to z racji przepisów o których wspomnę później pozostanie naszą słodką tajemnicą. Ogólnie byłam dość zdenerwowana cała sytuacją ponieważ 1. R nie miał ZIELONEGO pojęcia odnośnie obsługi owiec (dla niego zawsze “nie ma problemu”, “się zrobi” i “jakoś tak będzie”) 2. Kierownik M jeszcze bardziej zielony 3. w miejscu docelowego zamieszania nie było Pani Prezes D. gdyż właśnie była na wyjeździe i zastępował ją jej małżonek J. Nie wiem JAK ale dzielna trójca jakoś to ogarnęła – zapakowali owce. Ba ! Zapakowali nawet te owce które trzeba! Nie zapomnieli również o takich rzeczach jak słoma/siano czy lizawki. W równoległej, śląskiej galaktyce cały czas trwały prace nad zamknięciem hacjendy. Jedni obijali owczą część szopy, inni kończyli stawianie płotu. Dachu jak nie było tak nie było. Ja organizowałam słomę, siano i wodę. Wszystko działo się w mniej lub bardziej zorganizowanym chaosie. Mieliśmy ogromne szczęście ponieważ Głównemu Kierownikowi Budowy (któremu będę już zawsze BARDZO wdzięczna za wszystko) M udało się zorganizować 4 czy 6 profesjonalnych wkrętarek akumulatorowych z dodatkowymi ogniwami (takich wiecie… – na które wasz facet będąc w Castoramie zawsze nieśmiało spogląda i rumieni się widząc kątem oka cenę ponad 2 tyś marząc o tym że kiedyś taką sobie kupi… kiedyś) – dzięki temu nasza bardzo nieprofesjonalna praca szła dużo szybciej. Jadą !!!!!!!!!!!!! Jadą !!!!!!!!!!! Jadą a my nadal w dupie. Co prawda ościeżnica bramki na owcze pole już stała… niestety bez samego skrzydła bramki. Panowie R i M wjechali na plac (tak! przez naszą nową, profesjonalnie posklejaną ze śmieci bramę z pół metrowym prześwitem po środku ❤ ), zatrzymali się i nastąpiła wielka misja wyciągnięcia owiec i przekonania ich że plac budowy zaraz zamieni się w full wypas owczą willę z 1,5 hektarowym wybiegiem, a tam gdzie jeszcze nie ma trawy (czyli prawie wszędzie…) niebawem i ona się pojawi ! Owce naiwnie dały się przekonać, przeszły na “swoją stronę mocy”, a my przystąpiliśmy do wykańczania rezydencji.

Z tymi darmowymi  metrami3 szalunków mieliśmy naprawdę ogrom szczęścia – zaoszczędziliśmy kolejne TYSIĄCE złotych. Tak TYSIĄCE (ok 4..) – wykorzystaliśmy je nie tylko do obicia szopy, ale również do stworzenia konstrukcji dachowej, na której później położyliśmy (a dokładniej R niczym zwinna małpka położył) pokrycie (czyli w naszym przypadku ondulinę). W między czasie robót oczywiście raczyliśmy wszystkich napojami, pizzą czy innymi potrawami stworzonymi na naszym prowizorycznym grillu stworzonym również w całości z materiałów “odzyskowych” (czyt. śmieci).

To co jeszcze miesiąc wcześniej wydawało się tak bardzo odległe i nierealne nagle stawało się rzeczywistością. Chatka stała (co prawda jeszcze nie cała obita, bez drzwi z jednej i drugiej strony, bez części dachu, bez paśnika itp – ale stała), pole było zamknięte a na nim  w pewnej odległości od nas stało 8 owiec gapiąc się na nas tępo ❤

Dokończyliśmy dach, obiliśmy szopę. Stworzyliśmy z R drzwi do owczej strony (dwuskrzydłowe, dzielone w połowie poziomo), zamontowaliśmy po stronie gospodarczej stare drewniane drzwi z odzysku  (znalezione na jakiejś kupie śmieci) które pomalowaliśmy starą (ok 20letnią) farbą w kolorze kremowym (farba tez z odzysku ;D – mam jeszcze z 10 puszek w kolorze kremowym i niebieskim).

Wypadało by podsumować i wspomnieć o wszystkich formalnościach ? Tak. Kolejnym razem 😉

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s