W dupie byłam i gónwo widziałam – czyli krótka historia pewnego seminarium

on

W ubiegły weekend wybraliśmy się na seminarium z Markiem Banhamem.

Na seminarium zapisałam nas (ofc mnie z Ha i R z Popo) z pełnym entuzjazmem który wraz z upływem czasu nieco przygasał. Ostatnio u mnie sporo poprzygasało (po za celulitem – on nie przygasa).

Od pewnego czasu miałam nieco mniej chęci do pracy pasterskiej z Ha ponieważ coś bardzo mi nie grało – nie wiedziałam do końca o co chodzi (choć okazało się że jednak wiedziałam… 😉 ). Między nami nie było porozumienia które jest dla mnie bardzo ważne. Znam swojego psa (tak! ZNAM! i już jestem tego pewna!) i wiem czego potrzebuje w pracy – zrozumienia. Zupełnie jak ja. Jeżeli rozumiem pewne zależności, to czego ktoś ode mnie wymaga to to robię – nie jestem typem kujona który nauczy się czegoś i będzie idealnie wykonywał bez zrozumienia. Jak się okazuje mózg Ha działa dokładnie w ten sam sposób. Robiliśmy coś wspólnie… ale nie do końca to rozumieliśmy. Szliśmy dalej, robiliśmy kolejne rzeczy ale nadal bez “tego”.

Jak już pewnie zauważyliście jestem typem osoby która niesamowicie jara się wewnętrznym geniuszem swojej czarnej bestii – lubię kiedy sam wymyśla, dochodzi do pewnych wniosków i mi pomaga dla tego ostatnio totalnie odpuściłam “pracę trialową”, a skupiłam się na czerpaniu zacieszu z samodzielnej pracy Ha. Było widać różnicę gołym okiem kiedy wytłumaczyło się jak chłopu na miedzy “stary, sprzątamy gnój – nie pozwól owcom wchodzić do szopy, uciekać za otwarte ogrodzenie i zjadać samochodu. Aha ! Pamiętaj tez że ten samochód będzie jeździł po polu i w tym czasie ty masz zrobić tak żeby pod niego nie wpaść i trzymać owce z dala”. No i on robił, ja sprzątałam gnój i miałam radość z patrzenia jak dobrze sobie radzi, jak trzyma owce z daleka, jak umyka przed kołami samochodu i jak broni moich pomidorów przed pożarciem. Kiedy szliśmy na trening czar pryskał. Niby odległości się zwiększały, ale wszystko to było takie bez wyrazu. Mechaniczne.  On nie rozumiał. Przez ostatni rok nie uzyskał jasnego przekazu o panujących zasadach, zależnościach i ruchu orbitalnym. Zaczęłam się cieszyć z naturalnego wykorzystywania Ha, z jego przydatności bycia moim psem farmowo-technicznym i tak naprawdę przestałam już nawet myśleć o czymś dalej i więcej. Nie da się to się nie da, trudno.

Jakiś czas temu ktoś zapytał mnie dla czego nie podeszliśmy jeszcze do HWT. Może kilka słów wyjaśnień – HWT to egzamin pracy pasterskiej, mam wrażenie że to również trochę taki święty gral wśród weekendowych pasaczy. Oczywiście bez urazy ! Przez pewien czas był również naszym, a dokładniej moim świętym gralem. Do czasu. Egzamin jak egzamin – jak się nauczy to się zda. Ale ja już wiem że nie chce się nauczyć i zdać. Chcę zrozumieć swojego psa, chcę nauczyć się pracy z nim – nie na hwt. Tak po prostu. I w woli wyjaśnienia – to że ktoś coś zdał albo coś robi WCALE  nie oznacza tego że on to rozumie czy potrafi… On (nie mylić z ONek) – mam na myśli obu onych – ludzkiego onego i psiego onego 🙂 Myślę że spokojnie byśmy zdali… ale już wiem że nie tak jak powinniśmy.

Tak więc od pewnego czasu zatracałam się powoli w swojej bezgranicznej beznadziejności czerpiąc coraz mniej radości ze wspólnej pracy która wyglądała coraz bardziej mechanicznie… Co z tego że mój pies biegnie na 100m outrun skoro ewidentnie widzę że on nie wie o co kaman ?! Odprowadzanie, prowadzenie robił no luz. Bez sens.

Frisbee się skończyło, świat pasterski nie jest dla nas – nic tylko zakupić dwie różowe żyletki, jedną włożyć w łapki Ha, drugą chwycić swoją dłonią i ciąć się nawzajem patrząc sobie głęboko w oczy jak pokonani przez zły świat przyjaciele…

Na seminarium pojechaliśmy z pewnym nastawieniem, pewni (ja i Ha) tego że znowu będziemy musieli coś wykuć aby nasza mechaniczna robota była bardziej precyzyjna w swej mechaniczności. Powiem szczerze że radości w mym mózgu  było cały czas równo – między poziomem 0 a 1 ( w skali 0-100) i to jedynie ze względu na to że każda nasza podróż = McDonald i bezkarne picie coli. Jak to mówią – ujowo, ale stabilnie i tego się ostatnio trzymam.

Pierwsze miłe zaskoczenie – Mark okazał się totalną przeciwnością przeciętnego polskiego Marka. Był wesoły (nie, nie prześmiewczo jak to polski Marek – pozdro tato!), przy śniadaniu rozmawiał z nami o pierdołach (oboje lubimy brzydkie psy i uważamy że te brzydkie są ładniejsze od tych ładnych, a im brzydszy tym ładniejszy ❤ – to przeznaczenie), na plus pisze sie również fakt że nie miał nieodłącznego atrybutu polskiego Marka – wąsa (jak ktoś ma w rodzinie typowego Marka to wie o co mi chodzi) tym wygrał u mnie całą sobotę. No dobra sobotę wygrał jeszcze jedną bardzo, ale to BARDZO ważną rzeczą – jego ulubionym owocem są czereśnie. Nie od dziś wiadomo że jeżeli ktoś lubi czereśnie musi być spoko. Moje nastawienie się nieco poprawiło 🙂

Nieskromnie przyznam że podczas pierwszego wejścia gdzie potraktowano nas jak totalnych uczniaków jeszcze nie do końca rozumiałam o co kaman…. i ciągle miałam w głowie to że chciała bym popracować nad odprowadzaniem. Podczas pierwszego wejścia w sumie tylko stałam i patrzyłam jak Mark podchodzi do mojego psa jak do pieska który nie rozumie o co kaman i robi jakieś dziwne rzeczy których przyczynowo-skutkowość średnio rozumiałam. Powiedział mi też że Hachi jest BARDZO DOBRYM PSEM, podoba mu się z głowy i wizualnie, jest handsome więc stałam tak sobie nadal z zacieszem co chwila odpowiadając na jakieś pytania. Czy Ha jest mocny? O tak jest Panie Mark, jest mocny ! Minuta później okazało się że jest BARDZO mocny – taka moja kochana, czarna betoniarka. Nie ma oporów przed ludzkim ciałem i jest bardzo myślącym betoniarzem (ofc wtedy jeszcze nie rozumiałam jak bardzo myślącym). No i zeszliśmy i ja się tak cieszyłam i w ogóle mam super psa i mądry, brzydki ale ładny, nie ma problemu z owcami bo ma w sobie duża siłę i oh i ah  wata cukrowa, brokat i coca cola dla wszystkich za free a dla tego Pana ciężarówka czereśni!

No i ja sobie tak siedziałam na tym seminarium i tak sobie patrzyłam i te kulki w mojej głowie co chwila robiły bim-bam bim-bam bim-bam… i tak trochę coraz szybciej. I ten mój pomysł z pytaniem o odprowadzanie wydawał mi się taki coraz głupszy… No ale ja jak to ja – lubię głupie pytania – do mojej kompromitacji dojdziemy za chwilę, teraz opisze wam sytuacje z Popo  – bo tak, Popo równiez była uczestnikiem!

No więc wejście Popo, Rafał idzie na pewniaka. Popo okazuje się córką swego ojca i bardzo mocną suczką z BARDZO mocnym okiem ( ale nie zawieszającym jak to kiedyś stwierdzono lecz z siłą supermenki w oku co to tak patrzy a wszyscy na około sikają w gacie od samej świadomości że ona patrzy – oh ja ja się ciesze że nie odebraliśmy tego laseru dołącznego co to w zestawie z tym Popkiem w gratisie był, gdyż obawiam się że świat mógł by przestać istnieć od tego jej patrzenia złem…). Kto zna Popo ten wie że jest psem nie wylewnym, acz serdecznym i jeżeli ona uzna że ktoś jest fajny to ona tak bez wahania proponuje mu przyjaźń, wspólne wakacje i robienie bransoletek przyjaźni z muliny, a w późniejszym czasie również takie same tatuaże wchodzą w grę. Jak Popi coś robi to bardzo szczerze i z głębi swojego małego, walecznego serduszka. No i tak też zrobiła… zaproponowała Markowi przyjaźń, możliwość wymiziania jej pięknej głowy, wspólne zabawy butelką pełną kamieni, a on to zniszczył… jednym ruchem owej butelki która ugodziła Popo w nos. Zniszczył. Czar prysł, bransoletki przyjaźni się zerwały. I mała Popo pokazała to Markowi całą sobą. Przyznam szczerze że pierwszy raz widziałam ją w takim stanie ;D Dobrze że ona nie ma rąk bo mam wrażenie że jeden z brzydkich gestów królował by na jej obu dłoniach… Z drugiej znowu strony Popinka miała nie lada dylemat – jak to zrobić żeby pokazać temu człowiekowi który zniszczył to wszystko co mogło ich łączyć że nadal go nienawidzi i nie będzie między nimi już nic, a jednocześnie móc pracować dalej. No i złamała się Popo, nawet dała się dotknął.Owce wygrały. Kobieta zmienną jest…

No dobra, nie zanudzajmy już Popkiem – kto ją widział przy owcach te wie że cud, miód i orzechy w słodkiej cukrowej otoczce do porzygu.

Wróćmy do czarnej wisienki na torcie mojego życia. Tak więc miało byc o Ha i moim ośmieszeniu. No to jedziemy.

Kliklaki mojego mózgu nadal wystukiwały rytm bim-bam, lecz tym razem już nieco szybciej.No i ja powiedziałam, zapytałam i w momencie jak to zrobiłam oświeciło mnie i zarazem było mi bardzo wstyd że w ogóle zapytałam. Ale ja już tak mam i coraz lepiej wychodzi mi ukrywanie mojego wewnętrznego buraka. No i opowiedziałam o tym jak i co robi w domu, jak myśli sam, i jak nie myśli ze mną i jak to te pałowanie posłuszeństwa i używanie go jako dżojstika go zabija i gasi płomyki w jego pięknych, pomarańczowych oczach. Mark powiedział że rozumie o co chodzi i dość dosadnie pokazał mi to. Outrun? Co za problem, Ha biega na wyuczone outruny przeca ! No i pobiegł… i klops. KLOPS. Dopiero co w domu wyrwał na grubo ponad sete a tu tak ? Czemu klops ? Bo zaczął używać mózgu i rozumieć i to było za dużo. I moje kliklaki równiez się zatrzymały tak jak zatrzymał się Ha w drodze po owce. Bim-bam się skończyło. Resztę wejścia stałam i patrzyłam jak mój pies zaczyna myśleć, jak zaczyna rozumieć i ja zaczynam rozumieć, ja zaczyna robić inaczej. I było mi z jednej strony bardzo dobrze widząc że tak to działa jak ja sobie wyobrażałam w mojej pokręconej psychice, że on musi zrozumieć i że on będzie sam jak prawdziwy hero co to ratuje świat i zjawia się zawsze tam gdzie trzeba nawet jak nikt nie wysyła dymnych sygnałów SOS, z drugiej strony było mi przykro że tyle czasu pałowałam go o coś czego nie miał prawa robić dobrze bo nie rozumiał (a ja nie byłam w stanie mu w tym pomóc i nawet się o to nie postarałam… odpuściłam).

R skwitował moje wejście  zdaniem “co? w końcu trafiłaś na kogoś kto ma podobną wizję do ciebie ?” 🙂 TAK. To było seminarium które bardzo dużo mi uświadomiło i sprawiło że znowu mi się chce i uświadomiło mi że wcale nie jestem aż tak głupia jak to mi się czasami wydaje.

Wczoraj poszliśmy z Ha na treningi na nowych zasadach. Po pierwszych 3 minutach mój wewnętrzny nerwus zaczął dawać o sobie znać, a z moich ust zaczęły wylewać się słowa “nie umiem, do dupy!” i takie na k też. Wdech wydech i poszło. I Ha był taki wspaniały, dzielny i myślał i robił SAM, ale w sensie że sam robił to czego ja oczekiwałam… i robił to ze mną. Byłam ja, owce i on i mieliśmy jedno tempo i byliśmy jak taka wielka gąsienica która tak idzie po liściu i ten liść się chwieje ale nic się złego nie stanie bo ona idzie tak równo że siła się rozchodzi i to działa. Moja frustracja całkowicie zeszła, a zastąpił ja spokój. Bardzo kocham tego psa. Mark uświadomił mi jeszcze coś – to że ani Ha, ani tym bardziej Popo NICZEGO nie brakuje i nie odstają od psów z większą ilością M In Ch w rodowodach ❤

Małymi kroczkami do przodu – do lepszego zrozumienia.

Wszystkim bardzo polecam szkolenie u Marka. Nie tylko rozumie psy, ale równocześnie świetnie potrafi wytłumaczyć ( przynajmniej w moim przypadku) co, jak i dla czego. Gdybym wiedziała jak to będzie wyglądać zrobiła bym wszystko aby być na wszystkich 3 dniach. Kto zna Ha ten wie że nie sposób go zmęczyć – a od soboty jest PADNIĘTY psychicznie. Tak na amen. Całą drogę (6h) przespał obok Jelita które kilkukrotnie chciało go zabić, wczoraj był niesamowicie wyluzowany. Spędził sporo czasu leżąc w basenie, u babć ładnie spał nie sępiąc pod lodówą… a dzisiaj rano obudził mnie buziakiem. Mój.

Tak więc czasami coś nam się wydaje, coś wiemy… i następuje taka chwila kiedy okazuje się że w dupie byliśmy i gónwo widzieliśmy – takie chwile też potrafią być przyjemne 😉 Is that logic ? 😉

ps. powoli dochodzę do tego jaki powinien być mój kolejny pies – na pewno mocny… i duży.

 

 

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s