Takie trochę inne wyzwanie…

Ok 30 lipca skontaktowała się ze mną znajoma w sprawie przekazania kontaktu dalej, że jakiś film, że Hachiko – ok, daj. Godzina ok 20, właśnie wróciliśmy zmordowani z Mikoszewa ( o którym również wspomnę) po długiej choć bardzo miłej podróży. Dryn Dryn dzwoni telefon. Odbieram. Dzień dobry z tej strony XYZ reżyser, kręcimy film, chcemy do niego Hachiko. Ja – yyy. Reżyser – zdjęcia będzie robił Kacper Fertacz, ten od Ostatniej Rodziny itd… Rozmowa poleciała dalej, a ja zakończyłam dzień z ogromnym rogalem na twarzy bo to był naprawdę bardzo miły telefon łechtający moje nieustannie umierające ego. Poczułam się troszkę tak jak by ktoś zaproponował mi obserwowanie małej pandy zajadającej bambus. Oczywiście w głowie zaraz pojawiły się myśli pt na pewno nie będę mogla ani jej pogłaskać ani nawet przytrzymać tego bambusa kiedy ona słodko ją skubie… a znając życie panda umrze jakąś tragiczną śmiercią zanim do wszystkiego dojdzie. Moje ego zostało połechtane, mi było dobrze choć przez kilka dni i tak sobie trwałam w stanie “ale to był fajny telefon” 🙂 No i minęło troszkę czasu, emocje opadły, a tu nagle sms “chcemy was, bądźcie wtedy i wtedy tu i tu” ło. ŁO. ŁOOOOOOO. Ktoś nas chce ?! W sensie nie mnie tylko Ha, ale ja będę mogła przytrzymać jego smycz w tej nowej sytuacji ❤

No i zaczął się szał przygotowań – na przeszkodzie w realizacji tego nowego dla nas zadania stanęło nam kilka czynników. 1. samochód – moja czerwona gwiazda, prawie ferrari, minivanowy bentley dla ubogich od ponad miesiąca stał u mechanika ponieważ jego serce (5,8litra, 8v Hemi ! – taki bym chciała… ale 1,7 turbodiesel też jest spoko. Zwłaszcza kiedy jadę niezaładowana. Z górki.) zaczęło umierać i stał samotnie u mechanika w oczekiwaniu na przeszczep. 2. trasa ponad 500km w jedną stronę – niby nic takiego, mamy już trasy 2,5 tyś km pokonane w 26h ciągiem ale jednak we dwójkę. Zrobienie ponad 500km przez Polskę, Niemczy i Czechy po 8h pracy i ze stadem motylo-pszczół w brzuchu wydawało się jednak nieco cięższe. 3. Bycie samym (no tak, z Ha) – w obcym miejscu (to jeszcze git), z obcymi ludźmi (sic! – obcy ludzie – horror mojego życia, obcy ludzie do których pewnie będzie trzeba się odezwać – horror do potęgi entej). Jakoś udało się wszystko ogarnąć – auto kupione dzień przed wyjazdem, R przekonany że ma jechać z nami i w razie czego jak mnie zatka to on ma mówić. Ahh no o i 4, najważniejszy problem. PSY. Pan producent wiedział tylko o Ha… resztę niestety trzeba by było gdzieś upchać. Niby mogliśmy ich zabrać ze sobą ale rozsądek podpowiadał jedno – porzucić i wyrzec się na te 4 dni ! To była bardzo dobra decyzja. Koniec końców po za Ha zabraliśmy również Popi (no wiecie w roli dublera gdyby reżyser wymyślił sobie scenę w której Ha miał by umrzeć… ;D ). Reszta tałatajstwa została upchnięta u moich rodziców (dzięki wam wielkie !!!).

Droga zleciała nam w miarę szybko, z jednym jedynym koreczkiem pod wrocławskimi bramkami na a4. Pyskowice -> Wrocław -> Drezno -> Ustli nad labem -> Chomutov. Swoją drogą łezka zakręciła się w oku kiedy przejeżdżaliśmy obok ogromnych kominów w Usti pod którymi pierwszy raz z Ha wspólnie freestylowaliśmy ❤ Zajechaliśmy do Chomutova, zobaczyliśmy nasz hotel i trochę zwątpiliśmy. Gdybym to ja wiedziała gdzie będzie dane nam spać to ubrała bym mniej poplamioną bluzę… o spodniach nie wspominając. Dobrze że dzień wcześniej wyprałam Ha… choć on nas godnie reprezentował ;D Po przejściu do naszego pokoju czekała nas niespodzianka, a właściwie dwie – dwa ogromne łóżka wyciągnięte jak by z zamku.  Oczywiście bardzo ale to bardzo się powstrzymywaliśmy ale wewnętrzna cebula zwyciężyła i już po chwili skakaliśmy całą czwórką z łóżka na łóżko. Jak się okazało niektórzy mają w sobie nieco więcej cebuli… (pozdro Popo) i skakali tak całą noc… i kolejny dzień… i noc… a w sumie cztery.

Przed wyjazdem dostaliśmy full profesjonal skoroszyt z jakimiś 2-30 stronami a4 na których rozpisane i rozrysowane było wszystko. Gdzie zdjęcia, o której, o której dany aktor ma być gotowy na plan, jakie sceny i z kim gra, o której PRZERWA NA OBIAD ❤ i inne ważne rzeczy. Full Profeska.

Dzień 1. Czwartek.

Czwartek docelowo mieliśmy mieć wolny (żadnych rozpisanych scen z psem) więc postanowiliśmy się wyspać, a następnie udać się do Karlowych War – miejsca które było zbyt odległe na specjalną, planowaną podróż pomimo moich wieloletnich westchnień od czasu zobaczenia pierwszego programu podróżniczego w travel chanel. Jak to u nas bywa w dni w które możemy się wyspać – pobudka punkt 8… bo nowe miejsce, bo ekscytacja i tyle do zobaczenia. Szybki spacer z psami na którym wyczailiśmy jakieś 100m2 puściutkiego, zbunkrowanego wśród kamienic pustego trawnika 10m od naszego hotelu. Jako że wewnętrzną cebulę trudno z siebie wyplenić popadliśmy w pewną konsternację odnośnie śniadania – ja twardo przy swoim że w TAKIM  hotelu to śniadanie jest na bank w cenie, druga, większa cebula o imieniu R twardo przy swoim że NA PEWNO NIE. Ofc siarą było by dzwonić do producenta z takim pytaniem dlatego tegoż wybraliśmy się do Kauflandu pod którym to siedząc w samochodzie spożyliśmy bułki i serki wiejskie (w mojej wersji batony z Kindera bo w końcu mleko, śmietanka, węglowodany czyli śniadanie idealne XD). Całkiem dobrze się stało że posłuchaliśmy naszych wewnętrznych cebul gdyż po chwili zadzwonił telefon – okazało się że Ha ma dodatkowe sceny. Hyc hyc pomknęliśmy w stronę planu filmowego. W tym momencie doszło do katastrofy w moim brzuchu – pszczoły zabiły wszystkie motyle… i został już tylko ścisk, ból i mega stres. Po 30 minutach dotarliśmy na miejsce – tyle ludzi, autokary, samochody, namioty, sprzęt ! Ludzie niesamowicie mili. Wszyscy od razu chcieli przyjaźnić się z Ha i Popo, a ci z kolei nie pozostali dłużni. Tak właściwie zaraz po przyjeździe czekała nas pierwsza scena – a ja mam pierwszą nauczkę – NIE WRZUCAĆ PSA W TAKIE SYTUACJE NA GORĄCO. Co prawda scena nie była trudna (tak serio, to ja do teraz nie wiem o co w niej chodziło…) – Ha miał poruszać się (w bliżej nieokreślonym tempie czy kierunku… i celu) pomiędzy pędami chmielu. Przez to całe zamieszanie z witaniem, milionem ludzi i brakiem sekundy na skupienie był dość pobudzony, a panowie z ekipy dodatkowo to podkręcali… ale mimo wszystko byli zadowoleni XD Koniec końców scena wyglądała tak że w jednym końcu siedziało XX chłopa z kamerami, obiektywami, statywami, blendami i milionem różnych rzeczy których przydatności nigdy nie poznam, rzucali Hachikowi szyszki chmielu… on biegał w te i wewte robiąc przy okazji różne dziwne rzeczy, a ja stałam sobie obok i patrzyłam jak dobrze się bawią. Minut kilka i padło hasło “MAMY TO” (w tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam jak ważne będzie dla nas to hasło… 😉 ). Scena nakręcona, godzina 11:30, mamy to, jesteśmy wolni. Tak jak kto planowaliśmy rano udaliśmy się do Karlowych War. R nie bardzo wiedział po co, no ale skoro powiedziałam że jest tam spoko to jedziemy. Znalezienie miejsca parkingowego nie było łatwe, ale jakoś się udało. Weszliśmy na deptak (wtedy wydawało nam się że to TEN deptak… ) i widziałam coraz to bardziej rosnące rozczarowanie na twarzy R. Ale zaraz zaraz ! Na travel chanel wcale tak to nie wyglądało ! Jak zwykle nieprzygotowani, bez mapy ani wiedzy gdzie i po co tak właściwie mamy iść ruszyliśmy z tłumem. Wow ! WOOOOOW ! Po przejściu zaledwie 300m poczułam się jak na francuskiej riwierze. Pomyślicie jak riwiera skoro góry ? Nie wiem ! Tak jakoś ! Słońce, piękne kamienice ułożone na kilku poziomach, kanał płynący środkiem z taką ilością ryb jakiej jeszcze nie widziałam, masa kwiatów, idealnie przystrzyżone trawniki i ten dziwny, świeży morsko-kwiatowy zapach który towarzyszył nam przez cały dzień. Magia. Jedno z najpiękniejszych miejsc w których byłam. Wszystko zadbane i takie idealne.  Przechodząc odok witryn tych wszystkich Tonych Hilfigerów czy kawiarni człowiek czuł się nieco onieśmielony… Miasto bardzo przyjazne psom, jedynym miejscem do którego z psem nie wolno był fragment z prawej strony rzeki przy Kolumnadzie Młyńskiej, dosłownie jakieś 200m które spokojnie można było podziwiać z drugiej strony rzeki, równie ciekawej. Nasze psy były pewnego rodzaju atrakcją wśród turystów którzy co rusz wskazywali na nie palcem, pstrykali zdjęcia aparatem. W tym pięknym miejscu spędziliśmy większość dnia po czym wróciliśmy do Chomutova na obiadokolację.

Dzień 2. Piątek.

Pobudka po 6, śniadanie (tak.. w hotelu XD ) i śmigamy na plan. Pogoda tego dnia dała nam troszkę w kość. Full słońce i ponad 30 stopni. Dzisiaj kręciliśmy znowu na plantacji chmielu, w tym samym miejscu w którym byliśmy wczoraj. Pierwsza scena – ludzie siedzą na kocykach, biesiadują, chmiel dorasta, a Ha w tym czasie radośnie się między nimi przemieszcza. No niby nic trudnego, patrzymy w TV scena jakich wiele – na ekranie. Na żywo po za 30 osobami na kocach które co rusz wołają “Pejsku, Sabaka, Hachiko!” była jeszcze ekipa od zdjęć, panowie z doświetleniem i milionem blend (od takich metrowych po 10 metrowe na stelażach). Miliony powtórek bo jednak Pani w czerwonym swetrze lepiej komponuje się obok Pana w brązowym kubraku 😉 Kilka h później i scena nakręcona, Ha wyluzowany i zadowolony bo wykazał się kreatywnością podczas sceny kiedy to zaczął aportować jabłka biesiadowiczą 😀 Kolejna scena – znowu kocykowa 😀 – główny aktor leży na kocyku, a obok niego leży pies, aktor się podnosi i rozgląda, pies wyleguje się dalej. Banał. Niby tak… gdyby nie fakt że Pan aktor mówiąc ładnie nie miał podejścia do zwierząt, nie rozumiał że ma dać psu spokój, a pies zrobi wszystko jak ma zrobić… kilka razy złapał go za łapę czy za ogon. Na szczęście zarówno my jak i Panowie z ekipy wytłumaczyliśmy mu że TAK SIĘ NIE ROBI i MA DAĆ PSU SPOKÓJ. Znowu chwil kilka i nakręcone 🙂  Pomimo tego że kręciliśmy znacznie więcej scen niż było to pierwotnie przewidziane uwinęliśmy się dość szybko. Dostalismy 1,5h wolnego do obiadu które to wykorzystaliśmy na buszowanie w chmielu i kąpiel w pobliskiej rzece. Po obiedzie czekało nas przeniesienie na inne miejsce kręcenia sceny w której Ha miał być “główną gwiazdą” 🙂 Scena znowu niby pozornie prosta – ciężarówka z lat 20-30tych, Ha na siedzeniu pasażera, ciężarówka przejeżdża drogą i spora prędkością wjeżdża na most, Ha tym czasie wystawia głowę przez okno. Ot pikuś… niby tak gdyby nie fakt że w takich pojazdach nie ma czegoś takiego jak klima, dodatkowo silnik odgrodzony jest od wnętrza jedynie metalową blachą która tylko potęguje wrażenie gorąca, w okół jest pełne słońce i +30… a z Panem kierowcą jest mi się trudno porozumieć (i po czesku i po angielsku XD bardzo miły człowiek ale jednak było CIĘŻKO) – ah tak zapomniałam wspomnieć że ja całą tą scenę spędziłam w nogach pasażera z krótkofalówką w w jednej ręce, a drugą pomagałam Ha utrzymać się na miejscu. Po kilku minutach byłam cała mokra, jeździłam tyłem do kierunku jazdy co przy mojej chorobie lokomocyjnej nie pomagało. Ha był dzielny… przynajmniej przez pierwsze XX ujęć. Ahh tak… zapomniałam wspomnieć że ujęcie miało mieć jeszcze jedną wersję. Standard – Ha, ciężarówka, mostek… i tym razem biegające po nim kurczaki które miały rozpierzchnąć się na dźwięk trąbiącej ciężarówki. Wszystko wydawało się nawet realne do czasu aż pewien Pan nie przywiózł kur – miały to być kury kury, a okazały się byc pięknymi, rasowymi kurami dość nieruchawymi w porównaniu do tych standardowych. Jedyne nasze podejście w przypadku tej sceny zakończyło się brawurowym wyminięciem kur na mostku przez Pana kierowcę (Kierowca:mam je przejechać ? Reżyser: jak będzie trzeba… Ja: NIE NIE MOŻE PAN!!!” ofc to żart, mieliśmy ich nie przejeżdżać jednak ta część wiadomości do nas nie dotarła…) Po godzinie (albo i więcej) jeżdżenia w te i wewte w tej saunie na kółkach mieliśmy razem z Ha serdecznie dosyć, on nawet bardziej niż ja. Ekipa była bardzo wyrozumiałam, po naszych wzdychaniach zaraz dano nam spokój i powiedziano magiczne “mamy to” i że scena wygląda super 😀 Hachiko miał chwilę odpoczynku by po niej okazało się że wyszedł tak fajnie, że chcą dodatkowe ujęcia ze zbliżeniami… na szczęście tym razem poszło dużo szybciej, co nie zmienia faktu że po powrocie do hotelu w okolicach 18-19 Ha padł jak długi na jednym z królewskich łóżek. Miałam problem z namówieniem go na wieczorną sikupę… 😉 Był mega dzielny.

Dzień 3. Sobota.

Dziś dzień wolny od zdjęć! Powiem szczerze że nie wiem czy Ha dał by radę gdyby tego dnia wymagano od niego “czegoś więcej”. Z racji dnia laby wybraliśmy się do oddalonych o 2,5h jazdy Rakousów na Mistrzostwa Czech w pasterstwie w celach “poglądowych”  i spotkania się ze znajomymi. Miało padać, nie padało. Było całkiem fajnie pogodowo, towarzystwo też niczego sobie, naoglądaliśmy się, najedliśmy się palaczinków i kiełbasy jagnięcej z grilla po czym wróciliśmy do Chomutova.

Dzień 4. Niedziela.

Tego dnia kręciliśmy w centrum Zatecu. Dziś czekały nas teoretycznie 2 sceny, praktycznie 3 🙂 Pierwsza – kamery w środku kamienicy, z widokiem na otwarte drzwi wejściowe w których leżał Ha. Ha miał leżeć z łebkiem na ziemi po czym miał spojrzeć w przód (kamera skierowana na tył jego głowy) i zainteresować się tym co dzieje się z przodu. A działo się… Ha bez smyczy, obroży czy innego homonta, 20 przed nim bawią się i zaczepiają go dwa koty (ha + kot = zjeść kota), a 5 m z boku stoi parka nie zatrzymana w porę przez pana ochroniarza z pieskiem uwieszonym na smyczy w pozycji “zabije cie psie leżący w drzwiach!!!!”. Po za pozycją było jeszcze ujadanie i kłapanie. Całości łatwości tej sceny dopełniał fakt że musieliśmy ją kręcić w pełnym słońcu… choć na niebie były chmury. Wyglądało to mniej więcej tak “czekamy, czekamy… słońce słońce już już !!!! kręcimy !!! akcja!!!”. Hachiko wykazał się mega opanowaniem level hardcore… a my równie wielką pomysłowością. Scena leci, a z boku ludź na barkach drugiego ludzia wymachuje plastikowym opakowaniem po jogurcie co by Ha wyciągnął głowę na odpowiednią wysokość, poruszał uszami, ale mimo wszystko nie wstał… i broń boże nie pognał zjeść prowokujących go kotów i zabić psa co to od tylu minut wyzywał go na pojedynek jeden na jednego. Ha zachowywał się tak jak by tego wszystkiego w okół nie było… co pokazało mi dodatkowo to że mogę mu zaufać i niepotrzebnie tak bardzo staram się kontrolować otoczenie żeby nic mu się nie stało… bez mojej kontroli jest lepiej. Dla podsycenia atmosfery dodam że po scenie z psem kręcona była jeszcze scena z kotem który to uciekł na drzewo i nie chciał zejść XD Scenę w drzwiach kręciliśmy dwa razy ponieważ okazało się że kilka osób nie dogadało się co do wizji końcowej – gdzie pies ma patrzeć, jak ma leżeć i dla czego ma nie zabijać tych kotów i tego psa 😉 Po obiedzie zostały nam dwie sceny na biesiadzie. Rynek w Zatecu, na nim porozstawiane stoły, chmiel, ciężarówka z piwem i mnóstwo ludzi. W ogóle dzięki tej przygodzie odkryliśmy nowy i fascynujący zawód – food creator. Food creatorem była Pani. Pani miała do dyspozycji ogromny namiot w którym tworzyła idealnie wyglądające bursztynowe piwa, w oszronionych szklankach z mega gęstą pianką na trzy palce. W ogóle nie wiem czy wiecie ale tak się składa że piwo które “gra” w danej reklamie wcale nie musi być piwem które jest reklamowane ? Kolejną ciekawostka o której się dowiedziałam  to to że firma McDonald’s ma zaledwie jednego food creatora który na zdjęcia przylatuje specjalnie ze Stanów Zjednoczonych. No to mamy ten rynek, stoły, chmiel, ciężarówkę, beczki z piwem, piwa w skrzynkach, stoły, biesiadę i znowu pardziestu ludzi na planie. Do sceny nieplanowanie dołączyć miał Ha… reżyserowi spodobały się to jak przebiegł sobie z gałęzią chmielu ;D No to dołączyliśmy – ja i R schowani po bokach tak co by nie wchodzić w kadr, po zęby uzbrojeni w gałęzie chmielu i tak podawaliśmy gałęzie Ha, on łapał je w pysk a następnie był wysyłany hasłem “zanieś to R, lub zanieś to A” biegając z gałęziami od jednego do drugiego. Niby po raz kolejny banał… ale powtarzany przez  godzinę 😀 Jak zwykle wszystkiemu towarzyszyła dodatkowa masa ludzi trzymająca różne dziwne przedmioty, konstrukcje z blendami (niektóre tak ogromne że stało na nich kilku dorosłych panów co by nie odfrunęły), kamery, wózki najazdowe, szyny… między tym wszystkim co ujęcie przemieszczała się Pani od food creations dolewając do kufli piany i pilnując by całość wyglądała idealnie. Kolejne były zbliżenia na poszczególne postaci w czym nie braliśmy udziału. Cebula jak to cebula rozsiadła się obok bufetu z owocami i zimnymi napojami w oczekiwaniu na scenę końcową z Ha. Według sylabusa który otrzymaliśmy podczas tej sceny Ha miał położyć łapy i pysk na stole biesiadnym co od 4 dni pałowaliśmy… ale jak to w życiu bywa i ta scena uległa zmianie 😀 Pech chciał że 10 minut przed kręceniem naszej sceny Hachika użarła osa – najpierw w dupsko, a następnie w środek paszczy 😦 Bolało go potwornie, był spanikowany, piszczał ,ogon zlicował mu się z brzuchem… a wszystko kilka metrów obok miejsca w którym mieliśmy za chwile grać. Panowie z ekipy byli bardzo wyrozumiali, dali nam dodatkowy czas (a jak nie to nie, trudno… ) i HachikoMaszynaPracy zdążyła się z moją małą pomocą pozbierać. Po wytuleniu, wycałowaniu przeszliśmy do super zabawy i Ha uznał że może pracować dalej. Niestety bardzo duży strach przed latającymi owadami pozostał (przypomnę że jesienią ubiegłego roku dostał bardzo dotkliwie pokąsany przez jedno stado i szczęśliwie nie dostał wstrząsu). Scena wyglądała mniej więcej tak – biesiada trwa, przy stole siedzi główny aktor (ten z którym już wcześniej był problem) i aktorka (bardzo miła dziewczyna !!!), stukają się kuflami (wersja milion pięćdziesiąta siódma…) a między nich na ławkę wskakuje Ha i śmieje się do kamery. Wszystko było by super i trwało by chwile gdyby nie Pan aktor który postanowił pokazać Ha swoją wielką miłość i znowu go na siłę przytulać… (a z przytuleniem nie miało to nic wspólnego). Tym razem najpierw usłyszał ode mnie że jeszcze raz złapie Ha to ten go ugryzie a ja na to pozwolę, następnie dostał zjebkę od Panów z ekipy. Porządną. Bez macanek scenę nakręciliśmy dosłownie w chwilę 🙂 Na koniec Ha otrzymał ogromne brawa od wszystkich ludzi znajdujących się na planie co było bardzo miłe i wzruszające. Wszyscy byli pod jego ogromnym wrażeniem. Panowie z ekipy którzy mają już XXX filmów za sobą stwierdzili że pierwszy raz pracowali z tak mądrym psem, który zachowywał się tak naturalnie i bez fanaberii 🙂 ❤ Nasza przygoda na planie się zakończyła o godz. 18stej, a przed nami do pokonania było 700km (część wspólnie, część na dwa samochody i prowadzenie w pojedynkę).. a następnie pobudka o 6 rano do pracy.

Wróćmy jeszcze do tematu samej organizacji i tego jak wszystko wygląda “zza kulis”. Sylabus który otrzymaliśmy był bardzo dokładny – coś jak “mój pierwszy elementarz”, połamał by się w nim zarówno inteligent jak i taka cebula jak my 😀 Przez wszystkie dni cała ekipa dbała o komfort nasz jak i psów. Obiady – ohh ❤ codziennie do wyboru było ok 6 dań, zupy, ciasto, dodatki… Dania nie byle jakie bo np. flądra zapiekana z suszonymi pomidorami XD ❤ Hachiko ofc najbardziej preferował schabowego… 😉 Przez cały czas między głównymi posiłkami do dyspozycji był bufet pełen świeżych owoców, cukierków, ciastek i wszelakich napojów.

Bardzo się cieszę że mogliśmy przeżyć tą przygodę – w kilku momentach na pewno nie łatą, ale bardzo ciekawą ! 🙂 Z tej strony chciała bym podziękować Anecie dzięki której w ogóle się to udało – Aneta !!!!!!!!! :* :* :* Chciałam również podziękować R za to że ze mną pojechał, podtrzymywał mnie na duchu i kopał w tyłek moje wątpienie w siebie. Bez niego część rzeczy była by jeszcze trudniejsza do wykonania i ogarnięcia, bardzo nam pomógł (np. ” R ! R ! za minute kręcimy ! potrzebuje ciastki dla psa !” No i R pognał do bufetu… i nabrał tych ciastek dla Ha co to miały magiczną moc po pogryzieniu przez osę i wodę przyniósł i kolejne ciastki).

Każda taka nowa sytuacja to dla nas okazja do nauki siebie nawzajem, obserwowania, wyciągania wniosków a przede wszystkim świetna zabawa i możliwość spędzenia czasu wspólnie.

Jeżeli i wy będziecie mieli możliwość uczestnictwa w takim przedsięwzięciu to polecam z całego serca ! 🙂

ps. zapomniałam ! Przez te 4 dni kręciliśmy cztery pięciominutowe reklamy które mają wypromować Piwo Ztecky Svetly Lezak oraz samą miejscowość Zatec i tym samym pomów we wpisaniu miejscowości na listę UNESCO 🙂 Na kampanię reklamową przeznaczone jest kilka milionów więc budżet ho ho. Czy reklamy pojawią się w polskiej telewizji tego nie wiem, ale wiem że powinniśmy je dostać pod koniec września 😉 Trzymajcie kciuki co by nie powycinali wszystkich scen z Ha ;D

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s